piątek, 18 czerwca 2010

Błoto, ziąb, deszcz i motocykle...III Rajd Dolnośląski Jelenia Góra 1985


Prezentujemy kolejną relację Jarka Ozdoby z dawnych lat. Tym razem Jarek opowiada o Mistrzostwach Europy Enduro sprzed 25 lat. Na zdjęciu jest nikt inny tylko Marcin Spirowski na motocyklu dokładnie z tej epoki. Uprzedzając pytania dodam, że wożenie niemowlaków podczas rajdu nie było obowiązkowe.


Młodzieży aktualnie parającej się rajdami Enduro, a także starszym chłopcom, którzy odkryli uroki tego sportu i wzięli się za niego w okolicach po trzydziestce trochę trudno w to uwierzyć, że aż do końca sezonu 1989 tytuł Mistrza Europy był najważniejszy w tej dyscyplinie motocyklizmu. Tak jednak było - walkę o laury Mistrza Świata wprowadzono dopiero od roku 1990. Sytuacja społeczno-polityczna jaka panowała w latach osiemdziesiątych w naszym kraju niezbyt sprzyjała przyznawaniu nam organizacji imprez najwyższej rangi. Niemniej jednak najlepsi w europejskim Enduro gościli w 1980 roku w Bocheńcu pod Kielcami, a w latach 1981, 1984 i 1985 w Jeleniej Górze. Z okazji Srebrnego Jubileuszu zasługuje chyba na przypomnienie III Rajd Dolnośląski zorganizowany w terminie 8-9 czerwca 1985 roku z bazą w Jeleniej Górze. Inna sprawa, że oficjalna nazwa tej imprezy wykazywała czyjeś skłonności do dłużyzn, albowiem w pełnym brzmieniu był to: III Rajd Dolnośląski, eliminacje Mistrzostw Europy i Mistrzostw Polski w motocyklowych rajdach szosowo-terenowych Enduro - Jelenia Góra 1985. 06. 08-09. Dziś chyba nazwy imprez są jednak mniej barokowe. Paddock zawodów stanowił wówczas jeleniogórski Stadion Miejski z przyległościami. Jako, że akcja toczyła się przed ćwierćwieczem, więc jego standard jako żywo przypominał dzisiejsze stadiony/boiska w mniej sytuowanych gminach. Niemniej jednak nikt z przybyłych nie kręcił nosem na zastane warunki. Enduro przecież hartuje ludzi! Jako ciekawostkę i koloryt tamtych lat można podać, że zakończenie 58 ISDE w walijskim Builth Wells w roku 1983 odbyło się pod pałatką w bezpośrednim sąsiedztwie pracujących koparek i betoniarek z pobliskiej budowy. I było dobrze, a wszyscy byli zadowoleni! Dwadzieścia pięć lat temu rajdy Enduro w stosunku pięć do sześciu odbyły się na polskich terenach przy fatalnej pogodzie. Jak w banku - lało, wiało i straszyło zimnem. Rzecz jasna nie były wolne od tej reguły polskie eliminacje mistrzostw Starego Kontynentu przeprowadzone na terenach Pogórza Sudeckiego i Gór Kaczawskich. Tu aura także zachowała się jak wytrawny wozak, któremu pomyliły się lejce - zamiast czerwcowego słoneczka było niczym na początku listopada. Brakowało jedynie gradobicia do pełnego przeglądu ówczesnych możliwości pogodowych. A może i lepiej, że nie było... Ponieważ impreza była z gatunku tych, co się zowie, więc opracowanie jej trasy powierzono nie lada fachowcowi, bo miejscowej rajdowej legendzie, panu Jerzemu Warchołowi. A, że człowiek to znający tamtejsze tereny na wylot, więc wytyczył trasę rajdu Enduro z górnej półki, bazującą na malowniczych terenach Karkonoszy. Nawet urodzeni w czepku rajdowi malkontenci z trenerem kadry Mirosławem Malcem na czele nie mieli powodów do narzekań. Było wszystko, czego endurowa dusza zapragnie: kamieniste holwegi, górskie strumienie, potężne i wymagające zjazdy, a także spore podjazdy nieomalże do nieba, leśne dukty z kamieniami, korzeniami i pieńkami. Na deser multum wertepów, gdzie ręce chciały opuścić stawy barkowe ( nawet ówczesne kadrowe Jawy Enduro, posiadające amortyzatory Marzocchi, nie miały regulacji do- i odbicia ). Nie zapomniano także o jakże uroczych błotnistych odcinkach, gdzie czasem szczytem odniesienia w mazi był korek wlewu paliwa... Oprócz niewiarygodnie wymagającej trasy zafundowano zawodnikom trzy próby w każdym okrążeniu. Dziś już zapomnianą, bo nie rozgrywaną od ponad dwudziestu lat, próbę przyspieszenia na prostym odcinku asfaltu - tyle to miało wspólnego z Enduro, co trial z kręceniem czasów na torze. Próbę specjalną, czyli według obecnej nomenklatury Enduro Test ulokowano w lesie, gdzie motocykliści pomykali pomiędzy solidnymi pniami wyrzucając w powietrze pióropusze wydartej ziemi i... trociny z przecinanych kostkowymi oponami wynurzających się po przejeździe kilkudziesięciu motocykli korzeni. Czasem łokcie i kolana zawodników ryzykownie zbliżały się do pni i konarów drzew, a zawodnicy mijali je na centymetry. W tamtych czasach jeżdżono raczej bez osłon dłoni. Widząc co się święci mniej odporni nerwowo widzowie tej próby odruchowo zamykali oczy i uskakiwali w tył. Ale - drogie Panie i Panowie, w końcu były to Mistrzostwa Europy w rajdach Enduro, czyli najwyższa ówczesna klasa tych rozgrywek. Na amatorów taplania się w borowinie czekała próba crossowa ulokowana w rejonie Podgórek w pobliżu przystanku PKS Widok. Nazwa była nader adekwatna do zawartości. Ludzie znający specyfikę rajdów Enduro, aż za dobrze wiedzą, że jeżeli na trasie pojawi się dorodna, soczyście zielona łąka, to można spodziewać się błotnej topieli, gdyż takie łąki zwykle są podmokłe, podszyte torfem. Nie inaczej było w Podgórkach. Łagodnie opadająca w dół, przepięknie zielona i nader miękka łąka miała w połowie swego obszaru rów melioracyjny wypełniony wodą, a że ostro padało, więc poziom cieczy przybrał w górę skali. W dodatku konfiguracja próby była tak otaśmowana, że zawodnicy ów rów musieli pokonać trzykrotnie w jednym przejeździe. O ile w pierwszych sobotnich kółkach motocykliści z mniejszych klas, czyli 80 i 125 zdołali owe rowy po prostu przeskoczyć, to reszta towarzystwa zaznawała regularnych kąpieli. Pejzażem rodem ze szkoły przetrwania było pokonywanie tych przeszkód przez zawodników z najcięższej klasy 4T 500, gdzie musiano zawiązać ad hoc spółdzielnię wzajemnej samopomocy. Aby na tej próbie wszyscy mieli jednakowo trudno, a nikogo nie korciły jakieś skróty, do wiązania taśm ochoczo biegał sam Przewodniczący Międzynarodowego Jury pan Erich Schmidt z Austrii, skrupulatnie pilnując, aby wszyscy zawodnicy skorzystali z dobrodziejstwa hasła: " A ty na co czekasz? Hulaj się kąpać! ". Kilku zagranicznych " krasnoludków " próbowało ulżyć doli zawodników usiłując przewiesić taśmy w bardziej łagodny wariant przejazdu. Spotkało się to z dezaprobatą grupy miejscowych, którzy pochwycili co nieco ze sterty palików przygotowanych na zapas do otaśmowania trasy. " Krasnale " ratowali w popłochu skórę rejteradą, a co ciekawe, wszech obecna w tamtych czasach Milicja Obywatelska nie uważała za stosowne podjąć interwencji. Powróćmy do strony sportowej III Rajdu Dolnośląskiego, gdyż one to są głównym tematem ninniejszych rozważań. Sporą ciekawostką i sensacją zarazem był start na tych zawodach grupy motocyklistów aż z... Nowej Zelandii. Okazało się, że byli to żużlowcy przygotowujący się w ten sposób kondycyjnie do międzynarodowego turnieju speedwaya w Lesznie. Można i tak! Na jeleniogórskiej imprezie z roku 1985 pokazali się wszyscy liczący się wówczas na międzynarodowej scenie Enduro. Impreza należała do zawodników z Czechosłowacji i NRD, które to kraje stanowiły wtedy potęgi w Enduro. Z dobrej strony pokazał się wówczas jadący Accossato Włoch Stefano Paseri, który wygrał w obydwa dni klasę 80. W tejże klasie błysnął formą nasz Zbigniew Przybyła z głogowskiego Zagłębia Miedziowego. Popularny w tamtych czasach " Gucio " zainkasował sporo punktów za trzecią i drugą lokatę. Mawiano po zawodach, że gdyby przed tym rajdem motocyklista ze Wschowy zrzucił trochę kilogramów, to Passeri miałby twardy orzech do zgryzienia. Mawiano nawet, że Simson GS 80 jakiego dosiadał " Gucio " jest dla niego zbyt filigranowy. Możliwe, aczkolwiek z dzisiejszej perspektywy ówczesne rajdowe Simsony mogą zasługiwać na miano maszyn nader solidnie zbudowanych. No cóż - inne czasy, inne realia, inna technologia... Kolejnym jasnym punktem naszej kadry był pochodzący z Ostródy ( ściślej: z Kajkowa ), a jeżdżący w barwach gdańskich GAMK Budowlani Ryszard Gancewski. Popularny i znany w motocyklowym światku " Szalony Ganc "wygrał pewnie z przewagą prawie stu punktów pierwszego dnia klasę 125. W niedzielę utknął dwukrotnie w bajorze na próbie crossowej. Strat nie udało się odrobić i Ryszard Gancewski zakończył niedzielną rywalizację na piątym miejscu w " setkach ". Ale i tak wyniki budziły szacunek. Pozostali kadrowicze Mirosława Malca startujący na Jawach Enduro w klasach 250 i 500 wobec silniejszej sprzętowo konkurencji ukończyli - a to przecież w rajdach jest najważniejsze - te bardzo trudne zawody lokując się w drugiej dziesiątce swoich klas ( punkty przyznawano wówczas do dwudziestego piątego miejsca ). W mocno obsadzonych dwieściepięćdziesiątkach wygranych w sobotę przez Jiriego Cisara ( CSRS ), a w niedzielę przez Haralda Sturma ( nie dziwią takie wyniki, jeżeli facet nazywa się w tłumaczeniu Burza ) z NRD całkiem dobrze poczynał sobie Ryszard Augustyn dojeżdżając na piętnastej i czternastej pozycji. O ile zawodnicy z Czechosłowacji i NRD dysponowali fabrycznymi prototypami Jawy i MZ, to rajdowiec z Kieleckiego Klubu Motorowego jechał nową, ale seryjną Jawą Enduro nieco tylko zmodyfikowaną w warszawskim warsztacie OTZ PZMot. W klasie najcięższych dwusuwów, czyli w pięćsetkach najlepiej z naszych wypadł reprezentant świdnickiej Avii Krzysztof Serwin, który był wówczas dziesiąty i czternasty. Przedstawiciel Gdyni jeżdżący wtedy w Budowlanych, dwudziestotrzyletni Zbigniew Groth pokazał się w międzynarodowym towarzystwie z dobrej strony kończąc ten trudny rajd na szesnastym i osiemnastym miejscu. Uchodzący już wtedy za seniora polskiej kadry Zbigniew Banasik z kieleckiej Korony zmagał się z awariami ogumienia ( o musach w tamtych czasach jeszcze nie słyszano ) i małpimi złośliwościami instalacji elektrycznej. Okazało się, że nawet hiszpański Motoplat może być nieodporny na wodę, która była wtedy wszech obecna, a iskra wędrowała sobie wszędzie, tylko niekoniecznie do świecy. Stąd dziewiętnaste i dwudzieste pierwsze miejsce w Jeleniej Górze anno 1985. Ówczesne rajdy rozgrywano zazwyczaj w taki sposób, że często czasy z prób schodziły na drugi plan, a o klasyfikacji decydowały tak naprawdę spóźnienia. Jeżeli zsumujemy takie czynniki jak trudna trasa, fatalna pogoda i dość ciasne czasy przejazdu, a tak właśnie było ćwierć wieku temu w Jeleniej Górze, to nie dziwota, że w sobotę o czasie przyjechało zaledwie o ś m i u zawodników. Pozostali inkasowali na swoich kontach spore ilości karnych punktów za spóźnienia. W obecnych czasach taka sytuacja niechybnie zakończyła by się raczej potężną awanturą w Biurze Zawodów. W roku 1985 przyjęto klasyfikację ze zrozumieniem. Drugiego dnia zaordynowano zmianę czasów na luźniejsze i - co było swoistym kolorytem regulaminu z tamtych lat - jazdę w przeciwnym kierunku niż w sobotę. Od drugiego okrążenia nie padało, ale błoto i zimny wiatr nadal dawały popalić, więc na PKC-ach charakterystycznym widokiem byli motocykliści ogrzewający dłonie trzymając je na rozgrzanych cylindrach, lub elementach układu wydechowego. III Rajd Dolnośląski oprócz zmagań najlepszych w Europie był także areną serialu Mistrzostw Polski. Ta konkurencja miała, co zrozumiałe, dużo skromniejszą oprawę i obsadę, zarówno pod względem liczby uczestników, a także jakości sprzętu. W tej klasyfikacji błyszczeli: Piotr Kasperek, Piotr Jarczyński, Jacek Czachor, Dariusz Stopa, Maciej Świetlik, czy Jacek Lonka. W konkurencji klubowej na krajowym podwórku rządzili motocykliści kieleckiej Korony, czując jednak na plecach oddechy rywali z gdańskich Budowlanych. Rajd Enduro sprzed dwudziestu pięciu lat, to oczywiście w dzisiejszych czasach całkiem inna bajka. Także technologiczna. Ówczesne topowe motocykle uchodzą dzisiaj za unikaty, będące perełkami w muzealnych kolekcjach. To samo dotyczy ubiorów, butów, czy kasków. Dziś brzmi to niczym bajka o żelaznym wilku, ale podczas jeleniogórskich Mistrzostw Europy w czerwcu 1985 roku wszyscy nie mogli się nachwalić prędkości spływania wyników. Rzecz w tym, że owe rezultaty przesyłał komputerowy system obsługi rajdu, który prowadził miejscowy Zakład Elektronicznej Techniki Obliczeniowej dysponujący polskim sprzętem marki Odra 1305 z wrocławskiego Elwro. Młodzieży należy się wyjaśnienie, że owa Odra 1305 to była maszyna licząca o gabarytach piwnicy w punktowcu. Takie to były ciekawe czasy! Rzecz jasna już " po rajdzie " Ryszard Gancewski mógł się naocznie przekonać jak wielu ma przyjaciół i znajomych - w końcu wygrał klasę! Na szczęście w krytycznym momencie, gdy " Gancu " stwierdził, że może mieć kłopoty z pokryciem, nie zawiedli koledzy z kadry ustanawiając się " OF ", czyli Osobami Fundującymi. W końcu chodziło o wspólną zabawę i radość ze zwycięstwa w trudnych zawodach. Reasumując ten trudny i wymagający rajd w Karkonoszach sprzed dwudziestu pięciu lat wypada wspomnieć o jakże radosnej wieści jaka dotarła w połowie lipca 1985 roku. Zbigniew Przybyła w klasie 80 i Ryszard Gancewski w klasie 125 zostali Wicemistrzami Europy w rajdach Enduro!
Jarosław Ozdoba.

4 komentarze:

  1. Fantastczna opowieść. Pewne chwile z tamtych dni pamiętam jak dziś. Wówczas miałem 15 lat "Komara" przerobionego na "enduro", lecz po trasie poruszaliśmy się na Wigry 2 i Jubilatach :-) Ależ to były czasy. Człowiek wtedy się zaraził tą chorobą zwanął "enduro" i do dziś mu nie przeszło.
    Pozdrawiam Jarka Ozdobę, oraz Team EO Racing

    Robert Soćko
    Jelenia Góra

    OdpowiedzUsuń
  2. ROBERT KIEDYŚ JEŻDZIŁ KOMAREM?BYŁEM PEWNY ŻE ZAWSZE KTM-em.
    ŚWIETNY ARTYKUŁ ,MAŁO KTO DZIŚ PAMIĘTA TAKIE RAJDY,A JEST CO WSPOMINAĆ.
    MARTIN

    OdpowiedzUsuń
  3. Artykuł doskonale oddający klimat tamtych czasów. Jeśli mogę coś doradzić autorowi to to,aby raz na jakiś czas wspomniał o pewnej kieleckiej kanalii,która wówczas już dawała popisy w "aportowaniu"u łysawego tresera,a dziś z tego co wiem usiłuje trząść wszystkimi dziedzinami motocyklizmu na szkieletczyźnie.Zapewni to przesympatycznemu autorowi doskonałych RZETELNYCH!!! publikacji Jarkowi-pewien komfort lokalny/bo menda o której piszę jest zdolna do różnych wyczynów/co niejednokrotnie można było zauwazyć np. w przerwie pomiędzy"uprawomocnianiem się"wyników.A jak potrafi zmieniać niedawną historię to rażąco widać na stronie nazwijmy to klubowej. Wiemy o kim mowa. Pozdrawiam! RdN

    OdpowiedzUsuń
  4. Z sentymentem wspominam tamte czasy.nie zapomniane czasy!Mieszkam do dziś w tych okolicach i nieraz miałem okazję jeżdzić swoim KTM -em po byłych trasach.Ślady pozostały do dziś.Pozdrawiam i zapraszam w Góry Kaczawskie.

    OdpowiedzUsuń