Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Enduro Relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Enduro Relacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2012

Borków 1997, czyli debiut w Enduro - 51 Rajd Świętokrzyski



Szybkie tankowanie Bartosza Obłuckiego na terenie depo w Ośrodku Sportów Jezdzieckich " Amazonka w " Borkowie.

Swego czasu miałem okazję pisać na tych łamach o jubileuszowym 50 Rajdzie Świętokrzyskim i perypetiach jakie podczas jego trwania wynikły. Sprawiło to, że imprezy spod znaku Enduro organizowane w okolicach Kielc zniknęły z kalendarza krajowych rajdów na długie cztery lata. Wyjątkiem był 1 Suchedniowski Rajd Motocyklowy z kwietnia 1994 roku. I oto u progu sezonu 1997 w kalenadarzu imprez znów pojawił się 51 Rajd Świętokrzyski ( rozpoczęcie szóstej dziesiątki istnienia imprezy! ) wyznaczony na 31 maja i 1 czerwca rzeczonego roku. Tym razem w roli gestora terenu wystąpiła gmina Daleszyce, a bazą rajdu został malowniczo położony nad zalewem utworzonym na spiętrzeniu rzeki Belnianki, otoczony żywicznymi lasami, znany ośrodek hippiczny, bogaty w domy wypoczynkowe - Borków. Bazą imprezy był ośrodek " Amazonka " oferujący rozległy teren na depo i nienajgorsze warunki socjalno-bytowe. Trasę o długości około siedemdziesięciu kilometrów w jednym okrążeniu opracował Ryszard Bracik przy wydatnej pomocy Andrzeja Frankowskiego i Zbigniewa Bansika. Atrakcyjne próby: Cross Test ( ulokowaną na olbrzymiej łące nad borkowskim zalewem ) i Enduro Test - tu dla odmiany do pokonania były leśne ścieżki, pagórki i jazda po górze Otrocz nieopodal Niestachowa, powstały pod autorstwem ekipy pod kierunkiem Mirosława Misztala. Trasę podzielono na trzy odcinki, którego sprawdzianem ile kto jest wart w tej imprezie był fragment pomiędzy PKC 1 i PKC 2 ( zwyczajowo przypisuje się opis numeracji z pierwszego okrążenia ). Należało tam się zmierzyć z leśnymi przecinkami obfitującymi w kamienie, pieńki, zjazdy i podjazdy, wspomniany wcześniej Enduro Test i nader ciekawy, wymagający technicznie podjazd pod górę Sikorzą, potem zjazd po trawersach, podróż w pobliżu rzeki o ciekawej nazwie Warkocz i " esowaty " podjazd pod, wbrew pozorom, dość stromą górę Żarnowicę z Punktem Kontroli Przejazdu zlokalizowanym tuż za szczytem, a potem zjazd po korzeniach i jazda podmokłym lasem i polną drogą do kolejnego PKC.



Na zdjęciu przedstawiającym pokonywanie rozlewiska w okolicach Niestachwa przed PKC Zawada z numerem 37 widzimy Marka Dąbrowskiego z Automobilklubu Polski na Hondzie CRE 250.

Potem były tylko leśne przecinki z niezłymi koleinami i wystającymi korzeniami, a także dojazdówki polnymi drogami, szlakami z kocimi łbami i asfaltem. Trasę oceniano wówczas jako bardzo wymagającą i selektywną. Ciekawostkę pogodowo-kalendarzową wyznaczyła wówczas aura. Choć zawody organizowane w Kielcach i przyległościach z tego słynęły, a mieliśmy niby pełnię wiosny, to przed zawodami i podczas nich lało jak z cebra, a ziąb był jak w marcu... Było około dziesięciu stopni Celsjusza - i jak to w tym rejonie niewąsko wiało. A i deszczyk w formie ulewy był starym znajomym. Faktem jest, że nieodzownym zestawem na PKC-ach było wiaderko z wodą i szczotką. Dzięki temu można było w miarę sprawnie przywrócić czytelność tablicom numerowym. Pogoda była iście rajdowa! W myśl ówczesnego regulaminu w sobotę seniorzy pokonywali trasę trzykrotnie, pozostali jechali dwa okrążenia, a młodzież z klasy 50 walczyła z jednokrotnym dystansem zaproponowanej trasy rajdu. Dzień drugi oznaczał dla wszystkich walkę na dwu okrążeniach trasy ( klasa pięćdziesiąt tradycyjnie jedno ) i po godzinnej przerwie finałowy motocross w klasach, plus bieg otwarty zaproponowany przez wiceprezesa KTM Novi Marka Sikorę o memoriał Zenona Wieczorka ( w listopadzie 2011 roku minęło dwadzieścia lat od śmierci tego znanego zawodnika ). W stawce rajdu zanotowano oprócz rodaków dziesięciu zawodników z Republiki Czeskiej i dwóch Szwedów używających pojazdów raczej mało znanej włoskiej manufaktury HRD. W liście startowej prym wiodły gwiazdy polskiego Enduro, dla potomnych można odnotować akces Jacka Czachora ( wygrał w obydwa dni klasę czterosuwów ), Marka Dąbrowskiego, Macieja Wróbla, Wojciecha Rencza, Zbigniewa Banasika, Sebastiana Krywulta. Na osobny akapit zasługuje Ryszard Augustyn. Powrócił on do rajdowej braci po dwuletniej absencji spowodowanej kolejną kontuzja łękotki ( fatum? ) odniesioną na motocrossie w Lidzbarku Warmińskim na dwa tygodnie przed wylotem na 69 ISDE w Oklahomie, gdzie był przymierzany do startu na KTM 350 LC4. I ten twardy chłopak z Oleśnicy, planujący świętowanie swojego dwudziestolecia w rajdach Enduro, właśnie na swoich śmieciach " ( zaczynał i był długie lata w Kieleckim Klubie Motorowym ) doznał na tym rajdzie największego zawodu... Niezbyt fortunne podparcie się kontuzjowaną wielokrotnie nogą na Enduro Teście, plus uderzenie tym samym kolanem w kołek wytyczający trasę zrobiły swoje. Odezwał się ten stary, znajomy ból... Na najbliższym Punkcie Kontroli Czasu dylemat - jadę dalej zwijając się z bólu, czy zostaję tutaj, został rozstrzygnięty na korzyść tej ostatniej opcji. I bardzo dobrze! W końcu trzeba też słuchać głosu rozsądku. Trudna trasa i mało porywająca aura sprawiły, że na Punktach Kontroli Czasu z tym ostatnim zrobiło się nieco kuso... Tankowanie na tempa, biegi z kanistrem za strefę serwisową ( od dobrych kilku lat zabronione regulaminowo ) były wówczas na porządku dziennym. Bez spóźnień do mety dotarło wtedy tylko siedmiu rajdowców z całej stawki: Mariusz Lorenc, Morgan Rosell ( S ), Łukasz Bartos, Daniel Chrobak, Maciej Wróbel, Sebastian Krywult i Dariusz Przybysz. Swój pogląd na temat trasy i warunków na niej panujących wyraził, w sposób nader spontaniczny ( co poniekąd zrozumiałe u nastolatków, a takim był wówczas ) Paweł Świderski: " Kto taki rajd wymyślił! Takie błoto! Takie góry! Pier...lę, nie jadę dalej! " stwierdził ciskając goglami o ziemię na PKC Zawada. Tylko konkretna perswazja obsługi skłoniła Pawła do podjęcia dalszej walki z trasą i uwarunkowaniami terenowymi. Na tym samym Punkcie Kontroli Czasu, po złapaniu " rybki ", czyli niekontrolowanych wahań kierownicy efektownie szybował w plenerze Wojciech Rencz. Parafrazując znany wers Adama Sikorskiego wrocławianin zapragnął " w życie się zanurzyć "... Minął w locie o jakieś pół metra słup energetyczny i z impetem wylądował pomiędzy skibami i łanami żyta. Na szczęście skończyło się na strachu, a dzielny kierowca KTM-a szybko się pozbierał i wrócił na trasę. Wieńczący zawody finałowy motocross w sumie był wyścigami trawiastymi, gdyż zdarta darń latała wysoko pomiędzy liczną publiczność ( Polki i Polacy jednak kochają sporty motorowe! ), ale na łące nad zalewem w Borkowie zabrakło hopek, czy innych znamion toru motocrossowego. Ale i tak było emocjonująco! Jak za czasów Ryszarda Gancewskiego wszyscy starali się " drzeć wióra " ku aplauzie publiki. Zwycięzca wszystkich prób 51 Rajdu Świętokrzyskiego Maciej Wróbel sprawnie wystrzelił spod zaimprowizowanej maszyny startowej, by prowadzić od startu do mety. Próbował deptać mu po piętach klubowy rywal Sebastian Krywult, ale " zgolona ' tylna zębatka szybko pozbawiła go złudzeń. Pozostało mu tylko kontrolowanie sytuacji i pilnowanie swojej pozycji. W wyścigu otwartym o Memoriał Zenona Wieczorka znów konkurenci mogli jedynie oglądać plecy Macieja Wróbla. Sebastian Krywult leżał na pierwszym zakręcie, ale potem efektownie i skutecznie gonił rywali, by zameldować się na mecie za wspomnianym Maciejem Wróblem i Robertem Warchołem. Jak to na rajdzie Enduro bywa, zdarzały się przypadki " urozmaicania " trasy przez ponoć, lepiej się znających na rzeczy, kibiców. Chwała Najwyższemu, że udało się te praktyki ukrócić szybko i sprawnie "trasiarzom " i obyło się bez większych wpadek. Swoją drogą takie hece zdarzają się na rajdach organizowanych nie tylko w okolicach Kielc. Widocznie kibice to lubią... W 51 Rajdzie Świętokrzyskim zadebiutował w klasie 50 Marcin Banasik.


Czarno-białe zdjęcie z ówczesnego Słowa Ludu (! ) przedstawia Zbigniewa Banasika ( KTM Novi Kielce ) uwijającego się na KTM-ie 600 LC4 pośród taśm Cross Testu na łące nieopodal zalewu w Borkowie

Nie jest to zbieżność nazwisk. Ojciec - Zbigniew Banasik całkiem nienajgorzej radził sobie w tym rajdzie w klasie czterosuwów. Marcin zaś w nie sprostał wymogom 51 Rajdu Świętokrzyskiego... Już po rajdzie, gdy było wiadomo, że Zbyszek Banasik nie ma zamiaru wieszać kasku na kołku, a bynajmniej nie tym sezonie, pytany o start Marcina oświadczył: " Pierwsze koty za płoty! Gdzie się on ma uczyć rzemiosła? Będzie mi popylał dookoła piaskownicy?! Ludzie - to były trudne zawody?! A pamiętacie rajd w Solinie w osiemdziesiątym?! " Trzeba przyznać, iż dla oponentów był to druzgocący argument... Jarosław Ozdoba

Zdjęcia pochodzą z mojego archiwum, a ich autorami są Sławomir Sijer, Tadeusz Herma i sympatyczny kolega Przemysław, w swoich kręgach towarzyskich zwany " Czerwonym " - ponoć nic to nie ma z poglądami politycznymi ;-) . Pozdrawiam Jarosław Ozdoba.

Czytaj więcej...

piątek, 13 stycznia 2012

PZM Warszawa w Granadzie, czyli nasi na 75 ISDE - 2000


Jarek Ozdoba zdecydował się wreszcie podrzucić cos na naszą stronę. Tym razem historia toczy się w roku 2000, a bohaterami są Bartek Obłucki, Łukasz Bartos i Łukasz Kurowski. Ten ostatni na zdjęciu obok z MP w 2006 roku, kiedy Qurak rządził w polskim Enduro.


W kronikach dziejów Polskiego Związku Motorowego ( który - jak twierdził we swej fraszce Stanisław Jerzy Lec: " prężny jest i zdrowy " ) rok 2000 - lub jak wolą zwolennicy magii dat: Dwutysięczny - zapisał się jako rok jubileuszu półwiecza istnienia organizacji. Miedzy innymi w ramach owego pięćdziesięciolecia rzucono pomysł wystawienia na też jubileuszowej, bo 75 Sześciodniówce Motocyklowej z bazą w andaluzyjskiej Granadzie, polskiego zespołu seniorów w najważniejszej kategorii imprezy - World Trophy. W tym towarzystwie nie oglądano naszych rodaków od pięciu lat. Po jeleniogórskiej ISDE w 1995 roku, będącej dla naszych zespołów istną klęską na własnym podwórku ( będzie jeszcze okazja o tym wspominać, jak sądzę ) w latach 1996 - 1997 wystawialiśmy jedynie trzyosobowy zespół klubowy pod szyldem PZMotu, w australijskim Traralgon w 1998, ku zawodowi miejscowej Polonii, byliśmy Wielkimi Nieobecnymi, natomiast w 1999 roku w Portugalii samotnie polskich barw bronił Bartosz Obłucki. A zatem latem 2000 roku w krajowym światku Enduro powiało sensacją. Polski Związek Motorowy ustawił poprzeczkę uprawniającą do kandydowania do zespołu Trophy na wysokości dwustu punktów zdobytych w rajdach serialu Mistrzostw Europy, który to dorobek stanowił przepustkę do trzydniowego Finału ME w portugalskim Tomar. Wymogi spełnili: Bartosz Obłucki, Wojciech Rencz, Maciej Wróbel, Ryszard Augustyn i Zbigniew Przybyła. W szerokim składzie do startu w Tomar znalezli się jeszcze Łukaszowie: Bartos i Kurowski, a także wykładający własne środki na start w Portugalii Marek Przybysz i Piotr Krasuski. Ale - jak to nader często w życiu bywa, gdy doszło do bardziej szczegółowych rozmów na temat spraw finansowych dotyczących startu Polaków na ISDE w Granadzie pojawiły się spore rozbieżności na linii: PZM - zainteresowani zawodnicy. Jak łatwo się można domyśleć, sprawa startu polskiego zespołu World Trophy na 75 ISDE trafiła do kosza. Honoru Biało-Czerwonych w górach Andaluzji miał bronić jedynie trzyosobowy zespół klubowy ( Bartosz Obłucki, Łukasz Bartos i Łukasz Kurowski ) zgłoszony jako PZM Warszawa. Szefem ekipy został Marek Sikora, ówczesny Przewodniczący GKSM. Sewis - sprawa niebagatelna, a często niedoceniana w rajdach Enduro - spoczął głównie na barkach Jarosława Kurowskiego i Jacka Obłuckiego. Hiszpańska jubileuszowa Sześciodniówka miała bazę zlokalizowaną wokół dużego stadionu piłkarskiego w centrum Granady, co stanowi raczej rzadkość na tego typu imprezach. Miejscowa " drogówka " sprawnie zabezpieczała okoliczne ulice i skrzyżowania, a także trasy dojazdowe. Mieszkańcy miasta chyba lubili Enduro, bo nikt nie narzekał na chmary terenowych motocykli kręcących się po grodzie i okolicach. Oficjalnym terminem 75 International Six Days Enduro był 31 pazdziernika - 5 listopada 2000 roku. Ale okazały Start Honorowy odbył się już trzydziestego spod Pałacu Sprawiedliwości. Wystartowało równo sześciuset pięćdziesięciu zawodników z całego świata. W gronie 98 zespołów klubowych trzy dumne polskie sierotki pod szyldem PZM Warszawa. Czy dadzą radę? Dojadą do mety Six Days? Panie i Panowie! 75 Sześciodniówkę Motocyklową uważamy za otwartą! Pierwszy dzień ISDE nie był zbyt wymagający, aczkolwiek dominowała trudna górska trasa ze stromymi zjazdami i podjazdami, a tego było 240 kilometrów w jednym z dwóch okrążeń. Do tego dochodziła pogodowa zabawa w deszcz i słońce. Ale trasa - choć wymagająca kondycji i " pary " w rękach - to jedno, a próby: Cross Test i Enduro Test, gdzie trzeba na całego walczyć z umykającym czasem i zmiennym terenem, to drugie. I oto, po zakończeniu zmagań pierwszego dnia Sześciodniówki i ogłoszeniu wyników, w polskim obozie szok, zaskoczenie i radość. PZM Warszawa wśród klubów na czwartym miejscu! Tyle, że do końca imprezy jest jeszcze pięć długich, pełnych niewiadomych, dni... Dzień drugi andaluzyjskiej edycji Six Days był powtórką dnia poprzedniego. Ta sama trasa, ale już wybita, takie same próby i identyczne limity czasowe. Przebito jedynie znaki kierunkowe na te z obowiącym drugiego dnia kolorem. Trwa pogodowa zabawa w zmienność - upał zmienia się w chłód i deszcz, by po jakimś czasie słońce podnosiło skalę termometrów ostro w górę. W klasie 250 4T nasz Bartosz Obłucki oscyluje w pobliżu czołówki. Jadąc fabryczną Husqvarną lokuje się na ósmej pozycji. Używający KTM-ów 125 EXC obaj Łukaszowie zajmują odpowiednio miejsca - 54 ( Kurowski ) i 57 ( Bartos ). W gronie klubowiczów nasze trio nadal na czwartej lokacie. W gronie ekip walczących o najwyższą stawkę imprezy, czyli World Trophy, niepokojące wieści dochodzą z obozu Finlandii. Samuli Aro fatalnie " poszedł w kozły ", czego efektem było złamanie obojczyka i nogi. Czy Finowie w piątkę obronią zdobyte w roku 1999 World Trophy? Dzień trzeci 75 ISDE przyniósł kolejną sensację rodem z obozu fińskiego. Silnik ( wzruszająco wiernego tej marce ) Husqvarny WR 125 Petteri Silvana zastrajkował na półmetku imprezy! Tak oto murowani faworyci Sześciodniówki w Granadzie wylądowali na dziewiętnastym miejscu w kategorii World Trophy. Na prowadzenie wysunęli się Włosi wyprzedzając gospodarzy. Podczas startu zanotowano jedynie t r z y stopnie Celsjusza, ale było słonecznie i sucho, co spowodowało wprowadzenie czasów " A ". Co było słychać w gronie najbardziej nas interesujących klubowych trójek? Zacznijmy od dobrych wieści. Zespół PZM Warszawa nadal na miejscu czwartym. Bartosz Obłucki nie opuszcza ósmej pozycji, ale jest drugi w klasie wśród zawodników używających motocykli Husqvarna TE 250. Za to w KTM-ie Łukasza Bartosa dzieją się jakieś cuda z instalacją elektryczną. Mimo to nasz zawodnik melduje się na pięćdziesiątym piątym miejscu w klasie 125. Łukasz Kurowski jadący także jednośladem z Mattighofen, ale bezawaryjnym ( odpukać! ) lokuje się na pięćdziesiątej pierwszej pozycji. Czwarty dzień 75 Sześciodniówki Motocyklowej przynosi po nocnej ulewie istne grzęzawisko na trasie. Posypały się spóznienia, protesty spływały do Jury lawinowo, anulowano czasy zastępując je wariantem " C ", wprowadzano dorazne objazdy - słowem: całkiem niezłe zamieszanie! Ale pomimo tego całego zamętu, a także niepokojących stuków i gwizdów w silniku motocykla Łukasza Bartosa zespół PZM Warszawa nadal widnieje w klasyfikacji na czwartym miejscu! Piąty dzień andaluzyjskiej Sześciodniówki przyniósł wiele wieści mogących bardziej wrażliwych przyprawić o palpitacje. Aby skala gradacji była odpowiednia zacznijmy od Łukasza Bartosa. Silnik jego KTM-a definitywnie padł p i ę ć d z i e s i ą t kilometrów przed metą dnia! Z doskonałej - biorąc pod uwagę możliwości i konkurencję - pozycji czwartej efektownie zjeżdżamy na tyłku, by wylądować na pięćdziesiątym drugim miejscu wśród zespołów klubowych. Pociechą jest awans Bartosza Obłuckiego na piątą lokatę w klasie 250 4T i skok na czterdzieste miejsce Łukasza Kurowskiego w 125. Ale chyba nie wszystko jest do końca stracone...Międzynarodowe Jury na skutek stanowczych protestów, popartych twardymi argumentami, ekip Portugalii, Meksyku i Argentyny, anuluje drugą i trzecią próbę Cross Test. Wcześniej, po nocnej burzy, odwołano skracając trasę trzy ostatnie Punkty Kontroli Czasu. W ten sposób Day Five ogranicza się do bez mała półtorej " kółka ". Decyzja Jury przynosi też dobre nastroje wśród naszych - PZM Warszawa wraca na czwarte miejsce! Jest tylko jeden problemik - motocykl Łukasza Bartosa nie został wprowadzony do Parc Ferme... Na szczęście jeden z haczyków regulaminu ISDE zezwala na jednokrotny start pomimo nieukończenia poprzedniego dnia przez zawodnika z zespołu klubowego, a więc jest nadzieja... Łukasz Bartos dostał dość nieoczekiwaną propozycję użyczenia jednostki napędowej od startującej w tej Sześciodniówce... Japonki. Gejszę mocna kontuzja wyeliminowała z jazdy, kończąc jej udział w International Six Days Enduro. Jakich uroków, argumentów i inych zakusów użyli nasi wobec dziewczyny z Kraju Kwitnącej Wiśni niechaj pozostanie ich tajemnicą... Szósty dzień Six Days to tradycyjnie krótka ( w porównaniu z poprzednimi etapami ) trasa i finałowy motocross, emocjonujący nie tylko publiczność, ale także dziennikarzy, zawodników i inne osoby, które w każdej Sześciodniówce są po prostu nieodzowne. Jak wiadomo - podczas ISDE walka trwa do samego końca. Łukasz Bartos jadący poza konkurencją przeżył po raz kolejny chwilę zwątpienia. Pożyczony od dziewczyny z dalekiej Japonii silnik rodem z Mattighofen efektownie eksplodował! Fatum, czy co? Ale - co tam! Sa też inne i to bardziej pomyślne wieści. Bartosz Obłucki jest trzeci na motocrossie w swojej klasie. Hiszpańskie hostessy z Telefonica Movi Star gorąco obcałowują Polaka! Łukasz Kurowski jest osiemnasty na mecie wobec czterdziestu startujących w jego grupie. Szkoda tylko, że było tak niewiele polskich flag... Ostatnie posiedzenie Międzynarodowego Jury przynosi kolejne zaskoczenie: druga pętla przedostatniego dnia Sześciodniówki zostaje anulowana! Z powodu dużej ilości kurzu ograniczającego wioczność ( ciekawe - przecież zawodnicy jechali dojazdówkę, a potem ścigali się na motocrossie! ) anulowano też rezultaty dnia szóstego. Para poszła w gwizdek... Jak było, tak było, ale trzeba uczciwie przyznać, że nasza trójka zgłoszona do udziału w 75 Sześciodniówce Motocyklowej dokonala dużo większego wyczynu niż się od nich spodziewano. Jarosław Ozdoba
Czytaj więcej...

środa, 19 października 2011

MP i PP Enduro - Suchedniów 2011



Michał Szuster na trasie testu.

Tym razem Jarek Ozdoba zajął się nie, jak zazwyczaj, historią, a teraźniejszoscią naszego Enduro, czyli ostatnim rajdem sezonu w Suchedniowie.

Tegoroczny sezon krajowych mistrzostw i pucharów zakończył zorganizowany przez ekipę KTM Novi Korona rajd Enduro z bazą w Suchedniowie nieopodal Skarżyska-Kamiennej. Bazą zawodów był malowniczo położony nad miejscowym akwenem ośrodek MOSiR. Wszystkim przybyłym obiekt bardzo się podobał, chwalono zarówno depo, jak i urokliwe krajobrazy rozpościerające się wokoło. Sprawnie pracujące Biuro Zawodów było ze wszech miar pomocne przy załatwianiu formalności. Odbiór techniczny przebiegał bez większych zakłóceń, a przypadki " drugiego podejścia " można było policzyć na palcach.


Mateusz Bembenik

Jak to bywa na ostatnich zawodach sezonu, Park Maszyn sprawiał wrażenie przynajmniej o numer za dużego, ale uzbierało się około sześćdziesięciu chętnych do startu w suchedniowskich zawodach, co można typować jako przyzwoity wynik. Trasa opracowana przez Marka Madeja aspirowała do miana rajdu Enduro z prawdziwego zdarzenia. Nie zabrakło polnych dróg, a także leśnych duktów z korzeniami i koleinami, było po piasku, ale też i trochę po błocie, była też przeprawa przez bród. Z powodu zastrzeżeń zgłoszonych przez służby leśne, a dotyczące zbyt suchej ściółki w kilku fragmentach, skrócono dystans w jednej pętli z planowanych sześćdziesięciu do około czterdziestu kilometrów, ale w ramach rekompensaty dołożono każdego dnia po jednym " kółku ".


Patryk Bielec

Obie próby zlokalizowano bardzo blisko siebie i bazy rajdu, co odpowiadało licznie przybyłym kibicom. Po raz ostatni rajd Enduro z bazą w Suchedniowie organizowano w 1994 roku, więc nic dziwnego, że obecna impreza stanowiła dla miejscowych nie lada atrakcję. Same testy były dość ciekawe, a ucztę dla znających te klimaty stanowił ulokowany głównie w lesie Enduro Test. Jeżdżono tam głównie po piaszczystym podłożu, co powodowało powstawanie głębokich kolein z urozmaiceniem w postaci wystających korzeni. Motocykliści i quadowcy pomykali dziarsko wśród drzew wyrzucając spod kół fontanny piasku.


Wacek Skolarus

Chyba największą atrakcją tej próby była zabawa " z dołu do góry i z góry na dół ", gdyż większość trasy prowadziła przez całkiem spore zjazdy i podjazdy. Cross Test ulokowano o " rzut beretem " od próby Enduro na olbrzymiej łące o gliniasto-piaszczystym podłożu. A że było słonecznie i ciepło, więc nic dziwnego, iż w czasie przejazdów mocno się kurzyło, ale nikt nie narzekał. Zarówno ze strony zawodników, jak i kibiców. Dla uatrakcyjnienia Cross Testu wpleciono weń kilka zjazdów i podjazdów w okolicy pobliskiej rzeki - ale nikt się nie zapędził i nie zanotowano przypadków nieplanowanej kąpieli - a także wykonano spychaczem kilka hopek. Krótka trasa i duża ilość okrążeń spowodowała, że zawodnicy byli nań praktycznie ciągle obecni, co wszystkim się podobało.


Marcin Laśkiewicz

Należy stwierdzić, że rajd w Suchedniowie śmiało można zaliczyć do udanych i bardzo dobrze przeprowadzonych. Nie narzekano na znikanie znaków na trasie, czy braki w otaśmowaniu na próbach. Nie słyszano także o poczynaniach mających w zamyśle ich twórców " uatrakcyjnienie " trasy, co cieszy, bo nie najciekawsza opinia o tych dowcipnisiach od lat towarzyszyła imprezom organizowanym w rejonie świętokrzyskim. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie - a powinno! - rajdy Enduro zagoszczą w Suchedniowie na dłużej, i chyba warto podjąć takie kroki, bo trasy wokół Piekoszowa, choć atrakcyjne, trącały już nieco monotonią. Suchedniowska impreza należała do Michała Szustera, który pewnie wygrał swoją klasę i cały rajd w klasyfikacji generalnej. Z dobrej strony pokazali się uczestnicy ISDE w Kotka-Hamina. W czołówkach swoich klas błyszczeli: Marcin Frycz, Paweł Szymkowski, Mateusz Bembenik, Rafał Bracik i Konrad Widłak. W klasyfikacji klubowej nie mieli równych sobie ( tradycja Sekcji Motorowej Korony zobowiązuje! ) zawodnicy KTM Novi Korona Kielce, którzy zdobyli mistrzostwo piąty raz z rzędu.


Marcin Frycz

Nie zawiódł także seryjny w ostatnich latach triumfator klasy Weteran Grzegorz Chorodyński, który przypieczętował w Suchedniowie kolejny tytuł mistrzowski, podobnie jak Michał Szuster, Marcin Frycz, Sebastian Krywult i Rafał Bracik. Sezon 2011 w krajowym Enduro już za nami, szkoda tylko, że byliśmy świadkami tylko czterech rajdów. Smutna to prawda, że kalendarz imprez kurczy się z roku na rok i nie bardzo widać perspektywy na poprawę tego stanu rzeczy. Ale biorąc po uwagę rajd w Suchedniowie może to właśnie jakość ma szansę zatriumfować nad ilością?

Jarosław Ozdoba
Zdjęcia - Michal Dziubiński

Czytaj więcej...

sobota, 1 października 2011

Regiment 13


Czytaj więcej...

Puchar Regiment 13, czyli Prawdziwa Rumunia

Witamy po dłuższej przerwie spowodowanej nieobecnością autorów bloga. Poza chwilowym brakiem artykułów dopuściliśmy się także nieumieszczenia bardzo istotnej informacji na temat odbywającego się w dniu dzisiejszym I Kociewskiego Rajdu Enduromaniaka. Mamy nadzieję, że organizatorzy wybaczą nam to niedopatrzenie i pozwolą zamieścić relację z imprezy.
Tymczasem nasz kolega eoracingowiec Marcin Spirowski poraz kolejny powrócił z Rumunii i przywiózł wieści na temat pewnej mało znanej i bardzo hardcorowej imprezy, jakie to w Rumunii lubią się odbywać...
Autorem zarówno tekstu jak i zdjęć, które niebawem zamieścimy jest Maja Szpotańska. Za materiały serdecznie dziękujemy
Zapraszamy do lektury!
"W ostatni weekend w Rumunii odbyl sie pierwszy enduro Puchar Regiment 13. Zawody byly rozgrywane w malowniczych gorach w okolicach Poiany Marului. Na starcie stawilo sie 38 zawodnikow w klasie A - expert oraz 86 zawodnikow w kalsie B - hobby. Oprocz zawodnikow rumunskich, mozna bylo ogladac zawodnikow z Polski (az 20 na starcie!), Austrii, Wegier, Niemiec, Francji, Moldawii i Danii. W pierwszym dniu zawodow rozegrany zostal prolog, ktory byl przygotowany specjalnie z mysla o kibicach. Ok. kilometrowa trasa ze specjalnie zbudowanymi przeszkodami, paroma podjazdami i zjazdami, po ktorej zawodnicy scigali sie, startujac w jednym czasie w dziesieciu, wiec widowisko bylo wspaniale i przynosilo wiele nieoczekiwanych zwrotow akcji a zwyciezca poszczegolnego biegu byl trudny do przewidzenia. Prolog byl rozgrywany na zasadach eliminacji. Pierwszych dwoch zawodnikow z kazdego biegu awansowalo do pol finalu. Z pol finalu kolejnych dwoch do finalu. Najlepszym zawodnikiem z polskiej grupy okazal sie Zbyszek Mitrega, ktory zajal 5 miejsce w klasie A. O pechu moze mowic Marcin Spirowski, ktory prowadzil w pierwszym biegu kwalifikacyjnym, majac na plecach Martina Freinademetza, swietnego zawodnika i organizatora zawodow RedBull Romaniacs. Niestety na jednej z przeszkod Marcin popelnil drobny blad co blyskawicznie zostalo wykorzystane przez 2 zawodnikow siedzacych na jego plechach i nie udalo mu sie zakawlifiowac do pol finalu. Marcin ostatniecznie zajal 9 miejsce a na 10 miejscu uplasowal sie Maciek Juraszek. Zwyciezca prologu w klasie A zostal Ervin Kovacs. W klasie B Michal Gladysz zajal 19 miejsce, na 29 byl Maciek Zurkowski a na 32 Wojtek Dzieniewicz. Zwyciezca klasy B zostal Norbert Balogh. Drugiego dnia zawodnicy mieli do pokonania 100km trase, do ktorej startowali co 30 sek, wg. klasyfikacji po prologu. Zawodnicy jechali wg. oznakowanej trasy odpowiednim kolorem dla klasy A i klasy B. Trasa okazala sie duzym wyzwaniem dla wielu zawodniow, ale wszyscy byli zgodni co do jednego - bylo pieknie :) Nie wszystkim udalo sie dojechac w wyznaczonym czasie (8h) do mety, pare motocykli utknelo z powodu awarii i drobnych kontuzji zawodnikow, ale ci co dojechali do mety, mimo duzego wysilku fizycznego mieli olbrzymi usmiech na buzi. Zwyciezca drugiego dnia w klasie A zostal Martin Freinademetz (3:07:47) na 4 miejscu uplasowal sie Zbyszek Mitrega z czasem 3:21:02, na 10 Rafal Troszok (3:48:33), na 11 Jarek Michalec (3:52:07). Zwyciezca klasy B zostal Norbert-Levente Józsa z czasem 2:43:30. Najlepszym z Polakow byl Maciek Zurkowski (3:28:00) na 29 pozycji. Sebastian Sopel na 38 miejscu z czasem 3:39:16 a Marcin Budzen na 54 miejscu z czasem 4:04:04. Dzien zakonczyl sie w bazie rajdu, ktora zostala usytuowana w wielkim, opuszczonym hotelu Scorilo. Zawodnicy mieli okazje przy gulaszu podzielic sie wrazeniami z dnia. Trzeciego dnia zawodnicy mieli do pokonania 50km trasy, ktora nie pokrywala sie z dniem wczesniejszym. Najlepszym zawodnikiem trzeciego dnia w klasie A zostal Paul Fratila z czasem 1:45:30, 4 miejsce zajal Zbyszek Mitrega (1:52:55), 7 miejsce Maciek Juraszek (2:00:10), 8 miejsce Rafal Troszok (2:00:21), 10 miejsce Jarek Michalec (2:12:46), 11 miejsce Marcin Spirowski (2:13:28). Zwyciezca klasy B trzeciego dnia zostal Tibor Turiczki (1:52:54), nasz najlepszy polski zawodnik, Sebastian Sopel zostal sklasyfikowany na 28 pozycji z czasem 2:36:54, 32 byl Marcin Budzen (2:43:12), 48 Wojtek Dzieniewicz (3:19:19), ktory na trasie dzielnie pomagal jedynej kobiecie w stawce Adrianie Neaga. Po podsumowaniu wynikow ze wszystkich dni okazalo sie ze mamy naszego zawodnika na podium! W klasie A, 3 miejsce zajal Zbyszek Mitrega! Wielkie owacje dla naszego zawodnika i miejsmy nadzieje do zobaczenia w przyszlym roku :)"
Czytaj więcej...

poniedziałek, 5 września 2011

63 Sześciodniówka Motocyklowa, czyli Polska w roli " Czerwonej Latarni ". Francja - 1988



Próba rozruchu przed startem

Tym razem Jarek Ozdoba pisze nie o sukcesie, a o porażce.

"Nikt nie wymaga od was samych zwycięstw. Czasem i przegrać przychodzi. Ale każdy ma prawo żądać od was ambitnej i nieustępliwej walki. Nie dopuśćcie do tego, aby ludzie uznali was za niegodnych... podania ręki. " Kto wypowiedział te wciąż bardzo aktualne słowa? Pytanie do młodego pokolenia sportowców. Nagrody nie będzie, chociaż taka wiedza jest już nagrodą samą w sobie.

Jest takie - dość kolokwialne - określenie, traktujące o pęknięciu szelek i opadnięciu gatek. Zazwyczaj stosuje się je w sytuacji, gdy bardzo o coś się staramy, perspektywy wydają się być nawet obiecujące, sukces całkiem realny, a tymczasem: pupeńka nowonarodzonego wężyka z tego... Rok 1988 przyniósł w polskim środowisku Enduro dwa medalowe miejsca w Mistrzostwach Europy zdobyte przez Piotra Kasperka i Ryszarda Gancewskiego. Nic zatem dziwnego, że ta dwójka stanowiła fundament naszej kadry World Trophy zgłoszonej do startu w 63 International Six Days Enduro przeprowadzonej w terminie od piątego do dziesiątego września 1988 roku. Oprócz seniorów w imprezie startował też polski zespół w kategorii Junior Trophy. A zatem we francuskim Mende reprezentowało nas dziesięciu rajdowców. Polski Związek Motorowy do boju na szlakach ulokowanych u podnóża Masywu Centralnego wydelegował w zespole seniorów Piotra Kasperka i Andrzeja Tomiczka na fabrycznych Simsonach GS 80 WKH; Ryszarda Gancewskiego na Simsonie GS 125 WKH; Zbigniewa Przybyłę na Jawie 250 E`88; Zbigniewa Banasika na Jawie 250 VVZ i Zbigniewa Grotha na Jawie 500 VVZ. W zespole juniorów startowali: Bogdan Warchoł na pamiętającym poprzednią Six Days KTM-ie 125 EXC; Krzysztof Tobiasz; Tomasz Kodym i Jacek Czachor - cała trójka na Jawach 250 VVZ. Początkowo w klasie 250 zespołu seniorów planowano Ryszarda Augustyna. Niestety, pech podstępnie przyczaił się na zawodnika Kieleckiego Klubu Motorowego. Podczas eliminacji Mistrzostw Europy w zachodnioniemieckim Eischwegen przy lekkim skręceniu prawej nogi - i tak już mocno nadwyrężonej podczas poprzedniego i obecnego sezonu - pojawił się po raz kolejny krwawy wysięk w nieszczęsnym, bo już kilkakrotnie operowanym kolanie. Efektem było zakucie w gips i wypadnięcie z zespołu World Trophy na Sześciodniówkę w Mende. Pociechą był wyjazd na ISDE w charakterze " Krasnoludka ", która to funkcję Ryszard Augustyn pełnił wraz ze Stanisławem Olszewskim. Kadrowej Jawy dosiadł klubowy sąsiad zza miedzy - Zbigniew Banasik z kieleckiej Korony. Augustyn jako " Krasnal " przydał się na tej imprezie, nie raz służąc radą i pomocą. Sprzęt jak to w tamtych latach i ówczesnych uwarunkowaniach było stanowiły Simsony i Jawy. Jednoślady z Suhl były całkowicie obsługiwane przez wytwórnię. Z małym wyjątkiem - o opony i dętki musiał troszczyć się PZMot. Ale: niech tam będzie! Z kolei zacna firma Jawa dostarczyła jedną dwieściepięćdziesiątkę chłodzoną wodą dla Zbigniewa Przybyły, zapewniając dla tej sztuki pełny serwis. Pozostałe motocykle były znanymi modelami VVZ, tym razem z pojedyńczym tylnym teleskopem ( Jawa i MZ stosowała wówczas rozwiązanie z podwójnym elementem resorującym ), błotnikami UFO Plast i rollgazami Magura. A zatem sześciodniówkowe Jawy Enduro Polaków należało " uzdatnić " przy pomocy zasobów i kontaktów warszawskiego OTZ-u do startu w Six Days. Impreza o prawie wiekowej tradycji ( pierwsza edycja miała miejsce w 1913 roku ) jaką jest Sześciodniówka Motocyklowa, od jej zarania stanowi próbę sprawności i wytrzymałości zawodników oraz motocykli. Ale jej przebieg stanowi arenę nieoczekiwanych zwrotów akcji, niesprzyjających zbiegów okoliczności, łez bólu, ale też i radości. Nie brakuje tu także sytuacji, które nie powinny ( według wszelkich założeń ) mieć miejsca, a jednak się zdarzyły... To ostatnie, jakże dosłownie, dotyczy polskiego zespołu World Trophy na Sześciodniówce w Mende, a także zawodników z NRD - jednego seniora i juniora. A wschodnioniemieccy motocykliści spod szyldu DDR rok wcześniej w Jeleniej Górze zdobyli obydwa najważniejsze trofea Sześciodniówki Motocyklowej. No dobrze, ale o co właściwie chodzi w tym minorowym akapicie? Zaraz do tego dojdziemy... Start do pierwszego dnia 63 Six Days przebiegł dla Polaków ogólnie pomyślnie. Z lekka kaprysił przy rozruchu Simson Andrzeja Tomiczka, ale fachowe rady Ryszarda Gancewskiego i Stanisława Olszewskiego, znających te sprzęty na wylot znakomicie pomogły ogarnąć temat.


Ale to dopiero początek niespodzianek... Już po niecałych dwudziestu minutach, na pierwszym PKC okazało się, że " Ganc " ma nieprzyzwoicie duże spóznienie. Jego Simson 125 miał poważne problemy z silnikiem, brakowało mocy. Co jest grane?! Z odsieczą ruszył Stanisław Olszewski. Nie pomaga wymiana kilku świec, zmiana gaznika, wymieniono cewkę zapłonową, simmering na wale korbowym, ba! - zmieniono kompletny Motoplat. Nic z tego. Simson Gancewskiego przerywa, strzela w tłumik, beczy zamiast jechać... Na pierwszym PKC drugiej pętli motocyklista z Kajkowa ma osiem minut do tyłu ponad dopuszczalną godzinę spóźnienia i tym samym wypada z imprezy... W Simsonie Piotra Kasperka brakuje mocy, silnik nieustannie przerywa pracę. Nie pomaga pomoc i pchanie przez prawie cztery kilometry ( ! ) w wykonaniu Andrzeja Tomiczka. Ubryzgany olejem zespół napędowy odmawia definitywnie współpracy pod koniec pierwszej pętli na skutek wypalonej dziury w tłoku. Koniec przyszedł tak niespodziewanie szybko... Wyczynowe Simsony od lat miały zasłużoną opinię maszyn niezawodnych, znakomicie znoszących trudy rajdów Enduro i Sześciodniówek. Tym czasem w Mende po pierwszym dniu do Parc Ferme nie trafiają oprócz motocykli Kasperka i Gancewskiego także sztuki zawodników z NRD - Thomasa Bieberbacha ( World Trophy ) i Danillo Poerschke z zespołu juniorów. Jak to w takich razach bywa, rodzą się przeróżne domysły i teorie. Błąd fabryczny? Sabotaż? A może złośliwość rzeczy martwych, bo i tak w technice bywa... Ludzie z Simsona mają poważne obawy o przyszłe losy swojego Działu Sportu, będącym dotąd oczkiem w głowie fabryki z Suhl. Bo zaproszenie na " rzeczowe rozmowy w szczerej i pełnej zrozumienia atmosferze " ze smutnymi panami z enerdowskiej bezpieki STASI mają tak pewne, jak to, że rano wzeszło słonko. Drugiego dnia Polacy z zespołu World Trophy startują z bagażem 30 000 karnych punktów za brak Kasperka i Gancewskiego. Taka suma będzie lądować codziennie na koncie już do końca Sześciodniówki, co da 180 000 punktów i zapewni naszym pierwsze miejsce od końca. Niech to szlag! Drugiego dnia na próbach najlepiej z naszych uwija się Andrzej Tomiczek, nadopiekuńczo wspierany przez serwis Simsona - w końcu jedyny Polak na jednośladzie tej marki, w dodatku z szansą na wynik w klasie. Gorsza historia wynikła ze Zbigniewem Przybyłą. " Gucio " walczył na trasie i próbach ze stłuczoną prawą stopą. W końcu - dziś to raczej nie do pomyślenia - lekarz ordynuje blokadę. Zabieg to kontrowersyjny w kategorii humanitarnej, ale daje możność jechać dalej w Sześciodniówce. Bilans na koniec drugiego dnia jest następujący: zespół World Trophy zamyka stawkę na dziewiętnastym miejscu, juniorzy otwierają drugą dziesiątkę. Dobrze to, czy wręcz na odwrót?... Dzień trzeci francuskiej ISDE już z samego rana przyniósł nielichą sensację. Stefano Passeri z włoskiego zespołu Trophy, idącego " łeb w łeb " z gospodarzami Sześciodniówki, nie uruchomił w wymaganym podczas próby rozruchu czasie silnika swojej Husqvarny. Santa Madonna! ( Nie chodzi bynajmniej o piosenkarkę ). I u nas były nerwowe chwile. Gdynianin Zbigniew Groth, po obfitym " przelaniu " uruchomił silnik Jawy 500 dopiero w czterdziestej drugiej sekundzie. Na trasie okazało się, że ludzie odpowiedzialni za jej oznakowanie potraktowali swoją powinność raczej powierzchownie, stąd pobłądzenia i spóźnienia na Punktach Kontroli Czasu.


Zbyszek Banasik

Z zespołu seniorów tylko Zbigniew Banasik uchował tego dnia zerowe konto w czasie wizyt na punktach sprawdzających czas przejazdu. W sumie i seniorzy, i juniorzy złapali tego dnia po kilka minut ponad wyznaczony czas. Opanowaniem wykazał się Andrzej Tomiczek. Mając osiem minut zapasu pomiędzy metą pierwszej, a wjazdem na drugą pętlę dnia dał radę w ciągu ( zmierzono stoperem! ) sześciu i pół minuty zmienić przedni lewy teleskop. Brawo! W klasyfikacji Junior Trophy Polska awansuje na dziewiątą lokatę. Czwarty dzień Sześciodniówki Motocyklowej w Mende można określić jako dzień czasowej niespodzianki, a raczej pułapki. Z dystansu dnia odjęto 12 kilometrów, ale czas też skrócono o dwadzieścia minut, więc na poszczególnych odcinkach zrobiło się kuso z czasem przewidzianym na przejazd. Co tu dużo pisać - w polskich zespołach wszyscy do tyłu. Bogdan Warchoł przeżył spotkanie z kamieniem raczej słusznych rozmiarów, co zaskutkowało mocnym potłuczeniem nogi. Motocykl, choć pokiereszowany, ogólnie sprawny i do jazdy. Z oporną materią walczył przy zmianie opony na koniec dnia Tomasz Kodym. Guma trzymała się obręczy niczym przyklejona i w ten sposób całkowite spóźnienie sochaczewianina urosło do jedenastu minut. W gronie juniorów Polacy znów awansują - tym razem na siódme miejsce. W World Trophy bez zmian - zamykamy stawkę. Piąty dzień 63 Six Days przebiega w miarę spokojnie, aczkolwiek motocykle niektórych polskich zawodników nieco opornie podejmują pracę na starcie, co ludzi związanych z naszą ekipą przyprawia o niezbyt zdrowe emocje. Na szczęście wszystko skończyło się na strachu... Niespodziankę sprawiła pogoda serwując paletę szaro-burą z odcieniem mglistości. Do tego zabawa, zależnie od położenia nad poziomem morza, w ciepło-zimno. Było dość dziwnie, gdy wzbite w opary mgły obłoki kurzu wznieconego przez koła motocykli opadały w postaci kleistej, błotnistej mazi pokrywając otoczenie, zawodników i kibiców rdzawą papką. Tym razem polskie zespoły podróżowały bez przygód i spóźnień. Juniorzy utrzymali siódmą lokatę, co ciekawe - zostawili na pobitym polu Francuzów, czyli gospodarzy imprezy. Ostatnim akordem Sześciodniówki w Mende, po pokonaniu przez zawodników blisko dziewięćdziesięciokilometrowej ( zabrakło dwóch tysięcy metrów ) dojazdówki, był jak każe tradycja i regulamin finałowy motocross. I tu lekkie zdziwienie. Po sześciu dniach jazdy po górach, pokonywaniu stromych podjazdow, holwegów, atrakcyjnych prób, wytrzaśnięto płaską łąkę, na której usypano lub spiętrzono spychaczem kilka skoków ku uciesze gawiedzi. Kurzyło się na tym motocrossie niemiłosiernie, nic dziwnego, że po każdym biegu zarówno publika, jak i zawodnicy byli równo pokryci ceglastym pyłem. Nie obyło się bez kilku sensacji w polskim gronie.


Andrzej Tomiczek

Andrzej Tomiczek po zbiorowej kraksie tuż po starcie, gonił czołówkę ignorując urwaną dźwignię sprzęgła, a dłonią zastępując zgubiony w ferworze walki korek paliwa. Warto było stosować takie poświęcenie, bo zaowocowało ono zdobyciem Złotego Medalu FIM. Zbigniew Banasik niefartownie przebił dętkę tuż po starcie swojej grupy. Cóż było robić? Crossował na " kapciu "! Z kolei Bogdan Warchoł stwierdził w czasie wyścigu dziwne prowadzenie się swojego motocykla. Już na mecie orzeczono pęknięcie kierownicy. Brrrr!... Co by było, gdyby pękła do reszty jeszcze przed metą? Na Jacka Czachora zawzięli się konkurenci pragnący go przyblokować. Tylko, że biedacy trafili na chłopaka z Targówka, a ci tanio skóry zazwyczaj nie sprzedają. Zbigniew Przybyła przejechał motocross, lokując się w połowie stawki, mając do dyspozycji jedynie pracującą " dwójkę " w skrzyni biegów! Pomimo fatalnego pecha Piotra Kasperka i Ryszarda Gancewskiego już na początku imprezy ( ludzie z ekipy Simsona schodzili z oczu trenerowi Mirosławowi Malcowi, a on do końca zawodów im się nie kłaniał ), ostatniej lokaty w World Trophy, Sześciodniówka w Mende anno 1988 nie poszła w las. Juniorzy zdobyli przyzwoitą siódmą lokatę. Zbigniew Przybyła i Andrzej Tomiczek sięgnęli po Złote Medale FIM. Niestety, akurat podczas tej edycji Sześciodniówki przyszło nam posmakować goryczy porażki, ale w sporcie jak w życiu - ktoś musi być ostatni... Jarosław Ozdoba


Zdjęcia autorstwa Andrzeja Martynkina
Czytaj więcej...

piątek, 12 sierpnia 2011

61 ISDE w San Pellegrino

<

Od lewej: Zbigniew Przybyła ( 4 ); Piotr Kasperek ( 25 ); Ryszard Gancewski ( 34 ); Ryszard Augustyn ( 59 ); Stanisław Olszewski ( 99 ) i Zbigniew Banasik ( 135 ) - autorem zdjęcia jest firma Foto Cassotti.

Zanim pojawią się opinie o bieżącej ISDE z Finlandii, Jarek Ozdoba postanowił przypomnieć jak wyglądała 61 ISDE organizowana przez Wlochów. A nie wyglądała za fajnie...

Dawno temu, bo przed ćwierćwieczem, z bazą we włoskim z lekka podupadającym kurorcie San Pellegrino nieopodal Bergamo, miała miejsce 61 edycja Sześciodniówki Motocyklowej. Okolice Bergamo to włoskie zagłębie Enduro, stąd wywodzą się ichniejsi najlepsi zawodnicy i najwierniejsi kibice tej dyscypliny motocyklizmu. Organizowane na tamtym terenie imprezy z przesławnym niegdyś " Vallie Bergamache " na czele od lat słyną z dużej atrakcyjności i wysokiego stopnia trudności. Stąd też powszechnie przypuszczano i obawiano się, że 61 International Six Days Enduro przeprowadzona w terminie 08 - 13 września 1986 roku będzie imprezą, która wszystkim da się we znaki i na długo wryje w pamięć. I owszem, tak było - aczkolwiek niekoniecznie z powodu olbrzymich trudów, walki ze sprzętem, wysokimi wymogami trasy, czy napiętych limitów czasowych. Akurat w tej Six Days chodziło o coś zgoła innego...

Ale to dopiero miało okazać się w trakcie trwania imprezy. Polski Związek Motorowy wysłał do boju, na rok przed polską Sześciodniówką, jedynie zespół seniorów, czyli szóstkę walczącą o główne trofeum - World Trophy. Polskę dwadzieścia pięć lat temu reprezentowali: Zbigniew Przybyła ( Zagłębie Miedziowe Głogów ) - Simson GS 80; Ryszard Gancewski ( GAMK Budowlani Gdańsk ) i Piotr Kasperek ( BKM Bielsko-Biała ) - obaj na Simsonach GS 125; Stanisław Olszewski ( OKS Stomil Olsztyn ) i Ryszard Augustyn ( Kielecki Klub Motorowy ) - obaj na Jawach Enduro 250 VVZ, i Zbigniew Banasik ( MKS Korona Kielce ) - Jawa Enduro 500 VVZ. Sprzęt, czyli podstawowa bolączka polskich dyscyplin sportów motorowych w tamtych czasach, był po prostu taki na jaki mogliśmy wtedy liczyć zgodnie z zawartymi umowami z Simsonem i Jawą. Motocykle z Suhl były przygotowane i obsługiwane w całości przez fabrykę. Natomiast rajdowe Jawy były seryjnymi maszynami w specyfikacji 1985/1986 dostarczonymi w paczkach do warszawskiego OTZ-u na ulicy Kickiego.


Na zdjęciu autorstwa Andrzeja Martynkina, widzimy Zbigniewa Przybyłę ( 4 ) na trasie próby Enduro

Były to egzemplarze z silnikami chłodzonymi powietrzem, z zaworem membranowym na kanale ssącym i z hiszpańskim iskrownikiem elektronicznym Motoplat, oraz centralnym resorowaniem tylnego koła. Za pieniądze PZMotu, poprzez OTZ dozbrojono Jawy na Sześciodniówkę w tylne teleskopy firmy Koni, przednie widelce Marzocchi, przednie tarczowe hamulce Brembo, koła 21" z tarczami hamulcowymi, obręcze cenionej firmy Akront, błotniki Acerbisa i rollgazy Magura. Tak doposażonymi czechosłowackimi rajdówkami można było stanąć w szranki Six Days anno 1986. Nie wystawiliśmy zespołu juniorów, ale też i nie bardzo było jeszcze w kim wybierać. Młode talenty dosiadające wówczas na rajdowych trasach Simsonów S51 Enduro, CZ 125, czy Jaw Enduro różnych pojemności dopiero szlifowały umiejętności, czekając na swoją szansę i czas, aby doszusować do grona kadrowiczów Mirosława Malca. Startami w Enduro nie byli zainteresowani utalentowani ówcześni młodzi motocrossowcy jak Maciej Stańco, czy kuzyni Olszewscy - Jackowie: I i II. W San Pellegrino oprócz ściśle związanej ze startem i obsługą naszego zespołu ekipy działaczy, pojawiło się spore grono oficjeli i dziennikarzy z Polski.



Ryszard Augustyn na próbie crossowej w Monte Pieto - zdjęcie wykonał Wiesław Grabarczyk.

Było to związane z przygotowaniami i prezentacją przyszłorocznej 62 Sześciodniówki Motocyklowej z bazą w naszej Jeleniej Górze. Trasa włoskiej ISDE oferowała górskie, dość wąskie ścieżki, kamienno-szutrowe szlaki pełne ostrych kamyczków ( " kapcie łapano tu niemal seryjnie, więc łyżki do opon często były w robocie! ), trochę podjazdów, leśnych, urozmaiconych korzeniami dróg i próby terenowe zlokalizowane na rozległych łąkach. Już pierwszego dnia okazało się, że jak na imprezę tej rangi jest tu raczej zbyt łatwo, niczym na rajdzie okręgowym, w najlepszym razie mistrzostwach krajowych. Łatwiutka trasa, starannie omijająca co bardziej wymagające podjazdy z korzeniami, spacerowe czasy przejazdu... Za to próby, co było aż nadto widoczne, były nie tylko dobrze znane gospodarzom, ale wręcz perfekcyjnie przez nich przetrenowane. To było widoczne nawet dla laików! Po pierwszym dniu 61 ISDE w World Trophy prowadzą Włosi, Polska dziesiąta.


Zdjęcie trzecie, również autorstwa Wiesława Grabarczyka, przedstawia naszych na PKC Meta czwartego dnia Six Days. Od lewej: Stanisław Olszewski ( walczy z wymianą tylnej opony ), Zbigniew Kłujszo ( nasz " Krasnoludek " na tej ISDE ), Piotr Kasperek, Ryszard Augustyn i Zbigniew Przybyła.

Drugiego dnia 61 Sześciodniówki Motocyklowej już od świtu pada rzęsisty deszcz. Wprowadzono czasy " B ", na trasie i próbach grząsko i ślisko, ale niezbyt dramatycznie. Na drugiej pętli robi się trochę gorzej i zdecydowanie bardziej trudno po rozjechaniu trasy przez blisko czterysta motocykli w pierwszym kółku. Sypią się spóźnienia, w tym faworytów. Mimo tego trasa, choć trudna, nadal jest przejezdna. Było trochę błądzących, nie wszyscy dawali radę na podjazdach, ale znajdowali się chętni, którzy pomagali wepchnąć lub wciągnąć motocykl na szczyt. Z naszych pewne kłopoty miał jedynie rutynowany Zbigniew Banasik, który jechał z silnie stłuczonym na kamienistym fragmencie trasy kolanem. W prowizorycznych wynikach po drugim dniu 61 ISDE w World Trophy prowadził zespół CSRS ( Czechosłowacji ), Polska na trzecim-czwartm miejscu! Radość nie trwa jednak zbyt długo. Stosowny komunikat komandora imprezy anuluje całą drugą pętlę dnia. Prowadzą znów Włosi, my spadamy na ósme miejsce. Trzeci dzień tej Sześciodniówki nawet najbardziej ufnym w zasady Fair Play uświadamia, że podczas tej Six Days wyniki ustala się przy " Zielonym Stoliku ", a karty rozdają gospodarze, dla siebie rezerwując najlepsze. Pomimo pięknej, ciepłej i słonecznej pogody, bezproblemowych - z reguły składających się z szutrowych i polnych dróg - dużych fragmentów tras, ominięciu mogących sprawić pewne kłopoty podjazdów, zarządzono mocno wydłużone czasy przejazdów w wersji " B ", co pozwalało na kontemplacyjną podróż po trasie, lub blisko półgodzinną sjestę przed PKC-ami i spokojny serwis sprzętu. Anulowano malowniczą, ale i trudną technicznie próbę crossową na Monte Pieto. Cel jest jasny - Sześciodniówka rozgrywa się na próbach, które gospodarze mają w małym palcu, trasa ma marginalne znaczenie i trzeba zrobić wszystko, by dopomóc włoskim zespołom w zwycięstwie w ISDE, by maksymalnie wygrali Azzuri... Ale chyba nie o to, nie tylko w Six Days, chodzi! Czwartego dnia 61 Sześciodniówki Motocyklowej, pomimo słońca i znów znakomitych warunków na trasie, po raz kolejny funduje się zawodnikom czasy przejazdów w wariancie " B " przewidzianym z założenia na coś w rodzaju oberwania chmury. Co więcej, Jury wspaniałomyślnie anuluje spóźnienia wszystkim, którzy nie zmieścili się w limicie przejazdów pomiędzy PKC ! To już zakrawało na szyty grubymi nićmi ewenement w dziejach Sześciodniówek! W polskim teamie tematem dnia były seryjne awarie ogumienia spowodowane ostrymi kamieniami licznie zalegającymi szutrowe odcinki dojazdowe. Pechowo ukończył dzień debiutant w Six Days Piotr Kasperek. Niezbyt fortunne podparcie nogą na jednym z zakrętów zaowocowało, lekkim na szczęście, skręceniem kostki. Do końca tej łatwej Sześciodniówki jeszcze przecież są dwa dni, ale zdaniem nie tylko ładnie śpiewającej tę frazę Anity Lipnickiej: " Wszystko się może zdarzyć... " Ale niewiele się zdarzyło. Piąty dzień 61 ISDE w San Pellegrino jak się można było spodziewać, nie przyniósł niczego nowego w klasyfikacjach imprezy, poza awansem naszego Zbigniewa Przybyły na piąte miejsce w klasie 80. Na trasie, mimo, że chyba dla przyzwoitości, wprowadzono czasy " A " nadal panowały warunki pozwalające snuć przypuszczenia, iż bez spóźnienia dałoby się radę Simsonem S51 Enduro... Ciekawostką tego dnia, a właściwie wieczoru, był tak zwany Dzień Polski, gdzie organizatorzy kolejnej, 62 Sześciodniówki Motocyklowej zachwalali uroki okolic Jeleniej Góry i wstępnie przyjmowali rezerwacje hotelowe i zgłoszenia. Szósty dzień Six Days sprzed ćwierćwiecza był potwierdzeniem stwierdzenia, iż gospodarzom jak trzeba, to i wiatr sprzyja. Jednakże na końcowym motocrossie, co miłe, z dobrej strony pokazali się Zbigniew Przybyła, Piotr Kasperek i Ryszard Gancewski. Bielszczanin przez długi dystans prowadził stawkę w swojej grupie, by ostatecznie osiągnąć metę na nie lubianym czwartym miejscu.


Zdjęcie, którego autorem jest Jerzy Jankiewicz, przedstawia finałowy motocross. Z numerami 69 i 85 - motocykle Jawa Enduro 6D '86, czyli rajdowa ciekawostka rodem z RWPG.

Motocross uprawiany od kilku sezonów w barwach Górnika Czerwionka na coś się przydał. W San Pellegrino Włosi wygrali klasyfikacje zespołów narodowych, zespołów klubowych, fabrycznych i wszystkie klasy. Czy tak naprawdę odbyło się to w sportowej atmosferze? O tym można by długo dywagować, szkoda tylko, że " ustawianie " imprez dotknęło wówczas i rajdy Enduro, a zwłaszcza w tak prestiżowej imprezie jak Sześciodniówka Motocyklowa. World Trophy 61 ISDE zdobyli Włosi, drugie miejsce przypadło Szwecji, a na trzecim znaleźli się Czechosłowacy.


Na Jawie Enduro 500 6D '86 Jiri Cisar z czechosłowackiego zespołu World Trophy. Ciekawostkę w tej Jawie stanowi przedni hamulec bębnowy.

W zmaganiach Junior Trophy zwyciężyli motocykliści Italii, druga lokata padła łupem czwórki NRD, a na trzecim zacumowali juniorzy z CSRS. Polski zespół World Trophy zakończył 61 Sześciodniówkę Motocyklową na ósmym miejscu - lepiej niż w Hiszpanii w 1985 ( 10 lokata ) i gorzej niż za rok w Jeleniej Górze ( 5 miejsce ). A w klasach? Nie było tak najgorzej, biorąc pod uwagę sprzęt jaki mieli do dyspozycji nasi zawodnicy. W osiemdziesiątkach Zbigniew Przybyła był piąty. W 125 Ryszard Gancewski dojechał osiemnasty, a Piotr Kasperek - trzydziesty szósty. W najbardziej licznej klasie 250 Ryszard Augustyn był równo czterdziesty, a Stanisław Olszewski pięćdziesiąty trzeci. W pięćsetkach Zbigniew Banasik również zdobył magiczną czterdziestkę. Połowa naszego zespołu - Zbigniew Przybyła, Ryszardowie: Augustyn i Gancewski - odebrała Złote Medale FIM. Piotr Kasperek, Stanisław Olszewski i Zbigniew Banasik zawiesili na szyjach Srebrne Medale FIM. Trochę szkoda, że 61 International Six Days Enduro przebiegła w atmosferze raczej dalekiej od uczciwego sportu, a zawodnikom i działaczom myślącym o rozegraniu " Olimpiady Motocyklowej " w myśl zasad Fair Play zagrano na nosie... Pociechą może być to, że o kolejnych edycjach Six Days nie mówiono już tak niekorzystnie.

Jarek Ozdoba

A propos wynalazków typu Jawa Enduro - sporo zdjęć tych motocykli z czeskimi opisami technicznymi można obejrzeć na stronie allbikes.wz.cz
Jarosław Ozdoba

Czytaj więcej...

środa, 25 maja 2011

Speed Enduro w Sokółce



Terkotki rules:-)

Speed Enduro to taka nowa forma rywalizacji podczas której trasa rajdu zostaje ograniczona nieomal do zera, a zawodnicy rywalizują na próbach o różnym charakterze, najczęściej dość trudnych. Jeżeli próby nie są od siebie zbytnio oddalone, to kibice mają doskonały ogląd sytuacji, a centralnie zlokalizowane wyświetlanie wyników daje bieżącą informację o kolejności po poszczególnych przejazdach.Oczywiście zamiarem organizatorów zawodów w Sokółce był rajd klasyczny i taki się odbył. Jednak trasa okrężna była tak łatwa, że nie mogła przysporzyć kłopotu żadnemu uczestnikowi. Zawodnicy przelatywali pomiędzy próbami z ogromnym luzem czasowym. Na przynajmniej 2 PKC czasu było tyle, że i małą drzemkę dałoby się wykroić. Przypuszczam, że taka konfiguracja trasy wynikała z pójścia na łatwiznę. Po prostu wytyczenie ciekawszej, trudniejszej trasy wiąże się z dodatkowymi pozwoleniami ( lasy), przekonywaniem właścicieli ziemi ( opłaty ?), itd. Dwa lata temu podczas rajdu w Sokółce trasa była podobnie łatwa, zatem nie oczekiwaliśmy jakiejś zasadniczej zmiany. Z drugiej strony łatwy rajd, to możliwość bezstresowego startu dla początkujących, co zawsze podkreślałem w moich relacjach. Organizator zafundował nam ciekawy zestaw prób z krótkimi, około 20 minutowymi przelotami pomiędzy PKC. Pozostały czas okrążenia to odpoczynek na PKC. Zatem było to nic innego jak niezbyt wysilone Speed Enduro. Dobra, od czasu do czasu można przecież pojechać takie zawody. Trochę inne ale także fajne.
Wszystko byłoby dobrze gdyby zawody zaczęto montować w czwartek rano. Wtedy wystarczyłoby czasu na porządne wytyczenie prób, a zawodnicy mogliby się z nimi zapoznać przed startem. Zresztą regulamin Rajdów Enduro tak właśnie precyzuje harmonogram czasowy zawodów, wymagając aby próby specjalne były przygotowane co najmniej 24 godziny przed startem. Zatem najpóźniej powinno to być około godziny 11 w piątek. Mniej więcej o tej godzinie zaczęto dopiero je otaśmowywać. W piątek była gotowa w całości tylko próba Extreme. Próbę Cross dokończono w sobotę rano, a największe jaja były z próbą Enduro. Próba Enduro, którą starałem się obejść w piątek, była znacząco inna od tej, którą jechaliśmy podczas pierwszego koła w sobotę ( przejazd nie mierzony), a ta z kolei różniła się jeszcze od finalnej wersji, którą jechaliśmy od drugiego koła. Zatem Zarząd Okregu Polskiego Zwiazku Motorowego w Białymstoku jako organizator główny, nie specjalnie się popisał, spóźniając się o dobrą dobę z przygotowaniem rajdu. Chodzi tu także o przygotowanie depo, wytyczenie toru prób, którego przecież nie było. Wypadło to dość kiepsko, żeby nie napisać do … .

Zawody motocyklowe, a pieniądze.

Jeżeli kogoś zastanawia dlaczego tak szpetnie spóźniono się z organizacją tego rajdu, to odpowiedzi są dwie. Pierwsza możliwa, to pomroczność jakakolwiek osób odpowiedzialnych. Zważywszy na to jak przebiegały te zawody w sobotę i niedzielę, wykluczam taką ewentualność. Natomiast fakt olania zaleceń Regulaminu Rajdów Enduro można tłumaczyć tylko oszczędnościami. Po prostu taniej jest rzucić ludzi na próby od piątku niż od czwartku. Być może się mylę ale ludzie potrafią liczyć, a organizacja dobrego rajdu kosztuje. GKSM, od czasu wdrożenia dokumentu o nazwie: Strategia Rozwoju Sportu Motocyklowego na lata 2008 – 2015, boryka się z coraz większymi problemami przy organizacji zawodów motocyklowych. Wynikają one przede wszystkim z zaprzestania dofinansowania tychże i spuszczenia się w tej kwestii na siły i środki klubów motorowych. Te zaś zarządzane są różnie. Tych prężnych, ze sponsorami, to jak na lekarstwo. Reszta tak sobie żyje, nie mając najmniejszej ochoty dokładać do interesu za który odpowiedzialny jest statutowo PZM.

Na stronie www.pzm.pl można przecież przeczytać o PZM:” W dziedzinie sportów motorowych realizuje zadania polskiego związku sportowego, do najważniejszych celów Związku należy rozwój masowego i wyczynowego sportu motorowego: samochodowego, motocyklowego, żużlowego oraz kartingowego.”

Oczywiście Związek może realizować swoją odpowiedzialność w różny sposób, także obcinając dotacje. Także sięgając do kieszeni zawodników. Tak właśnie zrobiono od tego roku, ograniczając wypłaty w Enduro do pierwszych pięciu miejsc w generalce. Tłumaczy się to tym, że przecież organizator nie ma pieniędzy, więc nie można go obciążać wypłatami jakie były do tej pory. Przypomina mi to jako żywo jedną z ostatnich scen z „Misia” Stanisława Barei, gdzie w przemówieniu telewizyjnym do narodu generał pyta się: Czy musiało dojść do wprowadzenia stanu wojennego? I odpowiada sobie – Musiało, skoro doszło.
Zaiste, to logiczna prawidłowość, że potężny związek wspomaga budżet organizatora zawodów obcinając wypłaty dla zawodników, prawda? Słów brakuje. Motocykle dla kadry na ISDE weźcie od sześciu ostatnich zawodników z generalki. Logika ta sama, a co za efekt ! Poza tym niech jeżdżą szybciej, a jak nie to niech dają maszyny!

Czy wy, Panowie z GKSM naprawdę myślicie, że realizujecie swoja odpowiedzialność w sposób prawidłowy?
Czy naprawdę macie przekonanie, że zawodnicy w Polsce powinni jeździć za bezdurno?

Ja jestem daleki od takich wniosków. Z doświadczenia wiem, że te niewielkie pieniądze wypłacane jako nagrody, znaczyły bardzo wiele.
Natomiast patrząc na waszą działalność widzę, że realizacja strategii obcięcia dotacji, bo tak powinien nazywać się wzmiankowany dokument, skutkuje brakiem chętnych do organizacji zawodów motocyklowych. Zawodników jakby ubywało. W motocrossie nawet połączona klasa Open MX nie jest w stanie zgromadzić pełnej maszyny startowej.
PZM nie musi dofinansowywać zawodów motocyklowych. Musi natomiast zapewnić ich przeprowadzenie, czyli finansowanie. To wynika wprost ze statutu Związku. Sportów motorowych nie da się rozwijać bez pieniędzy. Tutaj majteczki i tenisówki nie wystarczą. Jeżeli PZM nie daje kasy i nie radzi sobie z załatwieniem sponsora cyklu zawodów, to po prostu nie realizuje swych statutowych obowiązków.
Może więc warto uwolnić nazwę „Mistrzostwa Polski” dla sportów motocyklowych. Może, zgodnie z regułą wolnego rynku, znajdzie się chętny, który zorganizuje cykl zawodów we współpracy z klubami i w oparciu o własne zaplecze. W sumie, patrząc na naszą motocyklową rzeczywistość, niewiele mamy do stracenia. Choć pewnie nie wszyscy. Bo nagle mogłoby się okazać, że GKSM wraz z całym zapleczem sędziowsko - technicznym jest po prostu niepotrzebna. Czyż nie jest to przerażająca wizja? No jest, ale nie dla wszystkich Panowie, nie dla wszystkich…:-).

Próby

Do zawodów stanęło 106 zawodników. Mało, ale bywała już gorsza frekwencja. Organizator przygotował 3 próby i był to bardzo dobry pomysł. Teren , na którym wytyczono próby był bardzo ciekawy, chociaż próbę Enduro można było poprowadzić znacznie lepiej. Tym niemniej próby były dobre. Otaśmowane poprawnie, a funkcyjnych była wystarczająca ilość do odtwarzania zerwanych taśm. To było miłe zaskoczenie, bo miałem wrażenie, że na próbach będzie zbyt mało ludzi. Wtedy wiadomo, każdy jedzie jak chce. Tak nie było, a przypadki skracania trasy zdarzały się rzadko. Po pierwszym PKC była próba Enduro, około 5-6 minutowa wytyczona w terenie zalesionym, trochę po piasku. Jak na mój gust zbyt kręta i za wolna. Jednak jechać trzeba umieć w każdych warunkach. Zaraz po niej był test Extreme. Naturalny, wytyczony w pięknym terenie. Były strome zjazdy i podjazdy, trawersiki i ciasne zawijasy. Ta próba, gotowa do obejrzenia już w piątek, była chyba najlepszą częścią tych zawodów. Po kolejnym PKC była próba Cross zlokalizowana w tym samym miejscu co 2 lata temu. Jechaliśmy ją w odwrotnym kierunku. Również niezła, 5-6 minutowa, a rządzili na niej władcy piasku, czyli ci co potrafią kroić piaskowe łuki bez odjęcia.
13-15 minut prób z kółka to dobry wynik, zatem tutaj organizator wykonał dobrą robotę. Próby były nie jeżdżone, PKP obstawione, Park Zamknięty działał sprawnie, a trasa okrężna była oznakowana dostatecznie. Widać, że organizator jak chce, umie zrobić zawody. Gdyby nie brak kierunków na dojazdy do prób i PKC oraz zbyt późne wytyczanie testów, zawody można by uznać za udane. Triumfatorzy otrzymali cenne nagrody ( hełmofony dla zwycięzców klas), jakkolwiek ceremonia dekoracji to porażka. Ja wiem. Na wszystko potrzeba kasy. Jak jej nie ma, to dziadujemy, kryjąc się gdzieś na peryferiach miasta Sokółka. I tak będziemy dziadować robiąc zawody najtańszym kosztem. To nie jest dobre. Tanie mięso to psi jedzą – mówi stare porzekadło. Chętnych do startu może w końcu zabraknąć.
Sokółka, to po Kielcach wstrząsowy powrót do rzeczywistości. Jednak Kielce to zupełnie inny budżet, no i klimat, taki bardziej rajdowy.
Nie wybrzydzając jednak zbytnio powiem, że organizatorzy zawodów w Sokółce starali się i nie wyszło najgorzej. Jednak lekceważenie regulaminu, a przy okazji zawodników, może skończyć się rewanżem. Powiedziane bowiem jest, że ten kto olewa sam olany kiedyś będzie.

Wyniki



Michał Szuster - urzędujący król Enduro

W polskim Enduro rządzi Michał Szuster ( CKM Cieszyn), a inni jadą według zasady: bij mistrza! Czasami się udaje. W sobotę mistrza pokonał Sebastian Krywult ( BKM Bielsko), który dojrzewa niczym szlachetne wino. Im starszy tym lepszy. Wprawdzie na piaskach mniejsze motocykle miały ciężko, a takim jedzie właśnie Szuster, ale do tej pory Michał dawał sobie radę. W niedzielę Szuster zrewanżował się Bastkowi, ale wygrał oba dni przewagą tylko 3 sekund. To jakby nie za wiele, co?


Bastek Krywult - pierwszy w kolejce do tronu. Wyglada na twardziela i taki jest:-).

Myślę, że Sebastian Krywult jest doskonale przygotowany do sezonu i świetnie wjeżdżony w dwusuwowego Husaberga o rzadko używanej w naszych rajdach pojemności - 300 ccm. Natomiast Michał Szuster bardziej niż z przygotowań zimowych, korzysta z talentu, którego ma zdecydowanie najwięcej wśród naszych zawodników. Jedzie w tym roku nową dla siebie marką KTM i widać potrzebuje nieco więcej czasu na dojście do optymalnej formy. Czas jednak jest po stronie Szustera i na następnych zawodach różnica pomiędzy nim, a następnym w generalce może być dużo większa niż owe 3 sekundy. Krywult zwyciężył oczywiście w klasyfikacji klasy E2/E3, a Szuster w klasie E1. Szalejący na swoim zielonym Kawasaki Marcin Frycz (BKM Bielsko) zdobył tyle samo punktów w generalce co Paweł Szymkowski ( CKM Cieszyn) - następny po Bastku wyznawca dwusuwowych Husabergów, choć o nieco mniejszej pojemności. Obaj ci kierowcy zajęli drugie miejsca w klasach pojemnościowych.


Paweł Szymkowski - wygląda jak aniołek, jeździ jak szatan:-)

Szymkowski nieustannie walczy z Krywultem. Na każdej próbie jadą jeden po drugim naciskając się wzajemnie. Najczęściej to Bastek siedzi Pawłowi na kukule, ale ten bardzo dobrze znosi presję ze strony starszego kolegi. Z kolei Marcin Frycz w czerwonych barwach na zielonym cudeńku jest miłym dla oka przerywnikiem w zalewie niebieskich, pomarańczowych czy czerwonych motocykli.


Marcin Frycz i Wacek Skolarus

Wypruwa przy tym z zielonego wszystko co mu fabryka dała. Jeżeli w trakcie sezonu Kawasaki Marcina nie poda mu czegoś z silnika rurą wydechową, to będzie można zastanowić się nad tą marką. Na piątym miejscu w generalce i trzecim w E1 przyjechał Mateusz Bembenik ( SMK Krzeniów). W tym sezonie Mateo jeździ mniej nerwowo i może odrobinkę za wolno w stosunku do swoich możliwości. Czasem zawodnik musi cofnąć się pół kroku do tyłu aby zrobić cały krok naprzód. Wydaje się, że Mateusz jest właśnie na tym etapie swojej sportowej kariery. Szósty w generalce i trzeci w E2/E3 był Wacek Skolarus ( CKM Cieszyn), który pojawił się po 4 latach nieobecności tak jakby się nic nie stało. Równa, ustabilizowana forma, luz i dobry humor. Wacek nie męczy się jeżdżeniem, widać, że to dla niego przyjemność.


12 to ani chybi Rafał Bracik

Pierwszy junior w generalce to Rafał Bracik ( KTM Novi) na 7 miejscu i oczywiście na pierwszym w klasie Junior. Zawody w Sokółce to potwierdzenie doskonałej dyspozycji Rafała. Mam wrażenie, że ubiegłoroczny motocykl Rjeju nie służył mu tak dobrze jak obecna dwusuwowa KTM-ka. Pamiętam doskonale Rafała gdy jeździł w rajdach pięćdziesiątkami jako zupełnie mały chłopczyk. Dysponował bardzo dobrą techniką jazdy i mimo mikrych rozmiarów świetnie radził sobie z motocyklem. Teraz wyrósł i zmężniał, a technika została. Została też duża odporność psychiczna, bo Rafał jedzie pod ogromną presją swego klubowego kolegi Konrada Widłaka ( KTM Novi).



Nowa siła w polskim Enduro - od lewej - Konrad Widłak i Maciek Giemza

Ten ma ogromną ochotę na tytuł Mistrza Polski i z pewnością ma na to papiery. Drugi dzień przegrał z Bracikiem tylko o 2 sekundy. Z ogromną łatwością, bardzo naturalnie składał się w łukach, kręcąc swoją ćwiartkę aż do odcięcia. Brakuje mu na pewno wyjeżdżonych motogodzin podczas ciężkich imprez. Doświadczenie tam nabyte skutkuje tym, że od pierwszego przejazdu „widzi” trasę próby i kręci prawie maksymalny czas. Kolejne starty będą poprawiać jakość jazdy kolegi Widłaka, ale nie jestem pewien, że wystarczy jej do tytułu w tym roku. Trzecie miejsce z dwóch dni zajął Adam Tomiczek (BKM Bielsko). Wygląda na to, że tytuł drużynowego Mistrza Świata zdobyty w 1993 roku nie będzie ostatnim rajdowym trofeum w rodzinie Tomiczków.
Na dziewiątym miejscu w generalce przyjechał Maciek Stolarski ( OFF Road Białystok), który w Sokółce czuje się jak u siebie w domu, a na dziesiątym – ubiegłoroczny Mistrz Polski Junior – Jakub Strzelczyk ( CKM Cieszyn). W klasie Weteran wygrał oba dni Grzegorz Chorodyński ( ET Kielce), który pod nieobecność Mirka Kowalskiego ( EORacing) ostrzy sobie zęby na kolejny tytuł Mistrza Polski. W klasie Junior 50 oczywiście dwukrotnie triumfował kolega Maciek Giemza ( KTM Novi Kielce). Quad 2K to Łukasz Eliasz (ATV Polska), a Quad 4K – Sławomir Ulan ( Automobilklub Polski).

W Sokółce zaprezentowali się również zawodnicy Pucharu Polski. Muszę przyznać, że koledzy z PP jeżdżą coraz szybciej. Pierwszego dnia, gdy Puchar jechał tyle samo kółek co MP, byłbym ze swoimi czasami dopiero na 6 miejscu w generalce Pucharu, a więc dalej niż w poprzednich sezonach. Wygrał tę klasyfikację Wojciech Mleczek (MS Myślenice) zajmując również pierwsze miejsce w klasie E1. Drugi był Maciej Kania ( BKM Bielsko) przed Wojciechem Lechowskim ( Automobilklub Polski). Obaj zajęli pierwsze i drugie miejsce w klasie E2/E3 Pucharu. Czwarte miejsce w generalce, a drugie w E1 zajął Tomek Walendowicz ( NKM Siemiatycze). Tomek już od kilku lat jeździ na bardzo dobrym poziomie, a na jeszcze wyższym jest jego obsługa serwisowa na PKC . Na miejscu piątym wylądował pierwszy weteran z Off Road Białystok – Ireneusz Guzowski.
Klasyfikację Junior wygrał Andreas Marsolek ( Hawi Opole).


Następne zawody to Sucha Hora na Słowacji, blisko granicy z Polską. Będzie to w dniach 18 i 19 czerwca, czyli za 4 tygodnie. Zawody na Słowacji nie będą łatwe, bo nigdy nie są. Góry są trudne, a pogoda może zaskoczyć jak było to w Breźnie w 2007 roku. Mam natomiast nadzieję na znacznie lepszą niż ta z 2007 roku, organizację zawodów.

Na razie jednak zapraszam ponownie do Kwidzyna gdzie w dniach 4/5 czerwca odbędą się kolejne rundy Mistrzostw Polski i Pucharu Polski w Cross Country.


Czytaj więcej...

środa, 11 maja 2011

Enduro, Enduro .. witaj kielecka góro!


Ta kielecka góra to podjazd nazywany w Kielcach – Europa, chyba jako skojarzenie z Mistrzostwami Europy, podczas których jest on zawsze włączany w trasę. Pamiętam jak jechałem go po raz pierwszy kilka lat temu. Kamieni nie było prawie w ogóle, a wystawało tylko kilka korzeni. Łukasz Kurowski, który wówczas jako młody zawodnik jeździł rajdy Enduro, podjeżdżał go chyba ze trzy razy, tak dla uciechy kibiców. A i tak zdążył na PKC. Dzisiaj, po wielu latach tłuczenia tego podjazdu, sytuacja wygląda znacznie gorzej. Podjazd jest trudny, pełen luźno leżących kamieni, wystających korzeni i uskoków w drodze na szczyt.


Podjazd Europa

Oczywiście da się go wyjechać, a czołówka Europy robi to w naprawdę imponującym stylu. Kielczanie i koledzy z Bielska radzą sobie również dobrze. Natomiast reszta, to już jak kto potrafi. Ja pozwoliłem sobie spędzić na tym podjeździe ze dwie godziny przed zawodami w piątek i znalazłem dobre ślady. Nawet jeżeli organizator otaśmował drogę najazdu, to i tak można go było wyjechać, choć jechałem na raty.


Marcin Frycz na podjeździe

No cóż, zdobywcą szczytów już nie zostanę, a w Enduro człowiek musi sobie radzić. W niedziele sprawa była łatwiejsza, bo nie było już taśm i większość jechała jak wydało – liczył się efekt, czyli obecność na PKP ulokowanego na szczycie owego podjazdu.

ZAWODY

W Kielcach rajdy są trudne i z reguły nieźle organizowane. Tym razem było jeszcze lepiej. KTM NOVI Korona Kielce pod panem Ryszardem Bracikiem zorganizował doskonałe zawody. Nie brakło niczego, co powinno być na zawodach rangi europejskiej. Było wygodne depo, wymagająca trasa, długie próby i dobrze obliczone czasy przejazdu. Funkcyjnych było w miarę, zerwane taśmy dość szybko odtwarzano. Chronometraż kolegi Grzegorza Ostrowskiego działał perfekcyjnie, a wyniki zawodów były na gwizdek. Nawet pogoda dopisała, chociaż można by się obejść bez deszczy padających z soboty na niedzielę. Do tego wszystkiego dopasowali się również kieleccy kibice, wyjątkowo podczas tego rajdu, pomocni i kulturalni. Trasa była oznakowana dobrze. Dawno już nie jechałem takich fajnych zawodów, choć lekko nie było. Do Mistrzostw Europy zgłosiło się 176 zawodników , a do Mistrzostw Polski i Pucharu Polski – dodatkowych siedemdziesięciu kilku. W sobotę wystartowało około 250 raiderów, w tym 4 zawodniczki. Blisko 90 uczestników nie ukończyło tego rajdu, więc sami widzicie, że zawody były dość trudne. Jak ktoś chciałby zacząć swoją przygodę z Enduro, to takiego rajdu nie polecam. Można znienawidzić ten sport na zawsze. Natomiast dobrze przygotowany kondycyjnie, doświadczony zawodnik powinien sobie poradzić, czerpiąc z wielogodzinnej podróży po Górach Świętokrzyskich, sporo satysfakcji.



Sylwek Jedrzejczyk i Wacek Skolarus na mecie I dnia


TRASA

Wystartowałem w sobotę o 11.22, a moto zdałem do Parku Zamkniętego o 18.41. Bez spóźnień. Trzy koła w sobotę i trzy w niedzielę. Puchar jechał po dwa koła i dla wielu chłopaków było to wybawienie. W sobotę w ostatnim kole w lesie było już dość szarawo i czasem w cieniu trasę widziałem słabo.


Grzegorz Chorodyński na mecie I dnia

Trochę to było nie fajne, bo tempo trzeba było trzymać. W niedzielę było lepiej, bo start był o półtorej godziny szybciej. Z depo ulokowanym w centrum miasta na parkingu stadionu Korony Kielce, jechaliśmy dwudziestominutową dojazdówkę do PKC, skąd ruszaliśmy w trasę. Z PKC pod mostem lecieliśmy obok torów ( nie wolno po torach, choć bywało z tym różnie :-) ) do próby Cross, wytyczonej na przebronowanej łące. Przy dojeździe na tą próbę można było zaształować maszynę w mazi, bo przejazdy wąskie, a torfowisko podmokłe. Po dwóch kołach drugiego dnia dojeżdżałem do tej próby mając przewagę nad Grzesiem Chorodyńskim i wjechałem w złą koleinę. W koło żywego ducha i musiałem moto sam wyszarpywać z błota, a sił było już bardzo niewiele.


Przed startem do testu Cross

Na próbę dojechałem na miękkich nóżkach i przejechałem ją prawie 30 sekund gorzej niż Grześ, czyli w tempie żuka gnojarka. Tym sposobem możliwe zwycięstwo z dnia rozpłynęło się w kieleckich błotach. Ten przypadek pokazuje jak złożonym, a przez to ciekawym sportem są Motocyklowe Rajdy Enduro. Można kilka godzin walczyć z konkurentami o sekundy, by jedną złą decyzją zaprzepaścić cały wysiłek. Po długiej 7-9 minutowej próbie był odcinek do drugiego PKC. Odcinek nie najtrudniejszy, ale pełen błota, podczas którego doświadczenie w szlamlochaniu miało decydujące znaczenie. ( Schlammloch – to takie niemieckie słówko oznaczające głębokie błoto – kiedyś czytałem na niemieckim portalu relację z ME w Polsce i rozbawiło mnie twierdzenie autora, że takich Schlammloch jak w Polsce, to nie uświadczysz nigdzie w Europie. Stąd nowy polski czasownik – szlamlochać – przejeżdżać przez błotko. Inna sprawą jest fakt, że Europa nie bardzo lubi szlamlochać, a najlepsi szlamlochacze pochodzą jednak z Polski.).Po drugim PKC był Enduro Test o minutę tylko krótszy niż Cross. Zatem prób na jednej pętli było na około 16 – 17 minut. Przy czym po przejeździe kilkuset zawodników nawierzchnia prób była straszliwie wybita i drugiego dnia za radą Mirka Kowalskiego mocno zwalniałem zawieszenia przed wjazdem na testy. Było bezpieczniej, bo przód już tak nie nurkował na hamowaniu, a i tak zdarzyło mi się, że na dojściu do łuku kierownica wyrwała mi się z dłoni. Jak to się stało, że wtedy nie wydachowałem, to nie mam pojęcia. Natomiast po wyjeździe z próby wracałem do ustawień podróżnych, bo na tych wolniejszych, nadgarstki byłyby do leczenia szpitalnego. Trasa od drugiego PKC obejmowała wszystko co kieleckie bezdroża mają do zaoferowania. W skład pakietu wchodziły: błota różnej wielkości, głębokości i śliskości, kamienie i korzenie, podjaździki, podjazdy i Europa podjazd oraz karkołomne zjazdy. Na prawie całej długości, szczególnie w drugim dniu, trasa wyglądała jak dzieło szalonego minera, który postanowił zdetonować na niej nadwyżki min przeciwpiechotnych. Na pierwszy PKC przyjeżdżałem z reguły z zapasem 4-6 minut, ale w drugim kole w niedzielę przyjechałem w minucie, bo musiałem zaopatrzyć terkotkami lewa chłodnicę, która odkształciła się nieco po lekkomyślnym spotkaniu z drzewem. Na szczęście trzymała ciśnienie. Podobnie jak ja :-).



Tak, tak, tam gdzie raiderzy, tam piękne dziewczyny...


WYNIKI

Osiągnięcia zawodników europejskich pozostawiamy do samodzielnego rozpoznania na stronie www.motoresults.pl w zakładce ENDURO 2011. Pewną ciekawostką jest fakt, że generalkę wygrał bardzo młody, dziewiętnastoletni zawodnik z Wysp Brytyjskich – Daniel McCanney. Czyżby nowa, wschodząca gwiazda europejskiego Enduro? Najlepszy z Polaków – Michał Szuster znalazł się na 8 miejscu. Michał przyzwyczaił nas do miejsc na podium generalki w Europie, ale zważywszy na to, że przygotowania do sezonu rozpoczął dość późno i jedzie na innym motocyklu (KTM), to ten start należy uznać za udany, tym bardziej, że Michał wygrał klasę E2 w Europie.


Michał Szuster na podjeździe

W Mistrzostwach Polski nie nastąpiły zasadnicze zmiany w układzie sił. Na pierwszym miejscu jedzie Michał Szuster ( teraz CKM Cieszyn) a za nim jego koledzy klubowi i reprezentacyjni: Sebastian Krywult i Paweł Szymkowski. Paweł po słabszej sobocie pojechał znakomicie w niedzielę i uplasował się finalnie na 4 miejscu klasy E2/E3 Junior w Europie.
Po 4 letniej przerwie pojawił się na zawodach Wacek Skolarus i nie był bynajmniej chłopcem do bicia. W generalce Mistrzostw Polski zajmuje wysoką 6 pozycję przed Marcinem Fryczem, który pojechał nieco zachowawczo. Mateusz Bembenik narzekał na zawieszenia swojego motocykla, a z rywalizacji w drugim dniu wyeliminowała go awaria elektrowni. Zaskoczył mnie pozytywnie Rafał Bracik, obejmując prowadzenie w klasie Junior MP. Nie będzie mu jednak łatwo, bo Konrad Widłak podtrzymuje swoją doskonałą dyspozycję z poprzedniego sezonu i siedzi Rafałowi na kukule przegrywając o kilkanaście sekund na 45 minut prób. A przecież w tej klasie jest jeszcze kilku dobrych raiderów, jak choćby Rafał Kiczko czy Jakub Kucharski, który pacholęciem jeszcze będąc wykazywał ogromny talent do jazdy extreme.


Jakub Kucharski na podjeździe

Bardzo udanie zadebiutował Jan Folga zajmując w tej klasie III miejsce z dwóch dni. Utrzymanie tej pozycji będzie wymagało sporego zaangażowania i co tu dużo mówić, także odrobinę szczęścia. Na koniec warto wspomnieć o niedawnym jeszcze pięćdziesiątkarzu – Andrzeju Łazarczyku, który na podium się nie zmieścił ale jechał po raz pierwszy dużym motocyklem i robił to bardzo skutecznie, kręcąc czasy niewiele gorsze od swych bardziej doświadczonych kolegów. W klasie Junior 50 doskonale pokazali się Maciek Giemza i Kacper Romaniec. Szczególnie kolega Giemza powalił mnie na kolana, bo tym swoim pierdopędem kręcił czasy znacząco lepsze niż ja. O ile lepsze, to niech sobie każdy popatrzy w wyniki, bo mnie wstyd o tym pisać :-(.


W niedziele po dekoracji ludzie rozjeżdżali się do domów i było widać, że impreza się podobała. Było wszystko co może być najlepsze w Enduro. Zawodnicy przejechali rajd bezpiecznie, a przypadkowych urazów prawie nie było. Taka impreza to prawdziwe święto tego sportu i życzyłbym sobie aby do MP i PP zgłaszało się co najmniej tylu zawodników jak do ME.

Czytaj więcej...