Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2012

Borków 1997, czyli debiut w Enduro - 51 Rajd Świętokrzyski



Szybkie tankowanie Bartosza Obłuckiego na terenie depo w Ośrodku Sportów Jezdzieckich " Amazonka w " Borkowie.

Swego czasu miałem okazję pisać na tych łamach o jubileuszowym 50 Rajdzie Świętokrzyskim i perypetiach jakie podczas jego trwania wynikły. Sprawiło to, że imprezy spod znaku Enduro organizowane w okolicach Kielc zniknęły z kalendarza krajowych rajdów na długie cztery lata. Wyjątkiem był 1 Suchedniowski Rajd Motocyklowy z kwietnia 1994 roku. I oto u progu sezonu 1997 w kalenadarzu imprez znów pojawił się 51 Rajd Świętokrzyski ( rozpoczęcie szóstej dziesiątki istnienia imprezy! ) wyznaczony na 31 maja i 1 czerwca rzeczonego roku. Tym razem w roli gestora terenu wystąpiła gmina Daleszyce, a bazą rajdu został malowniczo położony nad zalewem utworzonym na spiętrzeniu rzeki Belnianki, otoczony żywicznymi lasami, znany ośrodek hippiczny, bogaty w domy wypoczynkowe - Borków. Bazą imprezy był ośrodek " Amazonka " oferujący rozległy teren na depo i nienajgorsze warunki socjalno-bytowe. Trasę o długości około siedemdziesięciu kilometrów w jednym okrążeniu opracował Ryszard Bracik przy wydatnej pomocy Andrzeja Frankowskiego i Zbigniewa Bansika. Atrakcyjne próby: Cross Test ( ulokowaną na olbrzymiej łące nad borkowskim zalewem ) i Enduro Test - tu dla odmiany do pokonania były leśne ścieżki, pagórki i jazda po górze Otrocz nieopodal Niestachowa, powstały pod autorstwem ekipy pod kierunkiem Mirosława Misztala. Trasę podzielono na trzy odcinki, którego sprawdzianem ile kto jest wart w tej imprezie był fragment pomiędzy PKC 1 i PKC 2 ( zwyczajowo przypisuje się opis numeracji z pierwszego okrążenia ). Należało tam się zmierzyć z leśnymi przecinkami obfitującymi w kamienie, pieńki, zjazdy i podjazdy, wspomniany wcześniej Enduro Test i nader ciekawy, wymagający technicznie podjazd pod górę Sikorzą, potem zjazd po trawersach, podróż w pobliżu rzeki o ciekawej nazwie Warkocz i " esowaty " podjazd pod, wbrew pozorom, dość stromą górę Żarnowicę z Punktem Kontroli Przejazdu zlokalizowanym tuż za szczytem, a potem zjazd po korzeniach i jazda podmokłym lasem i polną drogą do kolejnego PKC.



Na zdjęciu przedstawiającym pokonywanie rozlewiska w okolicach Niestachwa przed PKC Zawada z numerem 37 widzimy Marka Dąbrowskiego z Automobilklubu Polski na Hondzie CRE 250.

Potem były tylko leśne przecinki z niezłymi koleinami i wystającymi korzeniami, a także dojazdówki polnymi drogami, szlakami z kocimi łbami i asfaltem. Trasę oceniano wówczas jako bardzo wymagającą i selektywną. Ciekawostkę pogodowo-kalendarzową wyznaczyła wówczas aura. Choć zawody organizowane w Kielcach i przyległościach z tego słynęły, a mieliśmy niby pełnię wiosny, to przed zawodami i podczas nich lało jak z cebra, a ziąb był jak w marcu... Było około dziesięciu stopni Celsjusza - i jak to w tym rejonie niewąsko wiało. A i deszczyk w formie ulewy był starym znajomym. Faktem jest, że nieodzownym zestawem na PKC-ach było wiaderko z wodą i szczotką. Dzięki temu można było w miarę sprawnie przywrócić czytelność tablicom numerowym. Pogoda była iście rajdowa! W myśl ówczesnego regulaminu w sobotę seniorzy pokonywali trasę trzykrotnie, pozostali jechali dwa okrążenia, a młodzież z klasy 50 walczyła z jednokrotnym dystansem zaproponowanej trasy rajdu. Dzień drugi oznaczał dla wszystkich walkę na dwu okrążeniach trasy ( klasa pięćdziesiąt tradycyjnie jedno ) i po godzinnej przerwie finałowy motocross w klasach, plus bieg otwarty zaproponowany przez wiceprezesa KTM Novi Marka Sikorę o memoriał Zenona Wieczorka ( w listopadzie 2011 roku minęło dwadzieścia lat od śmierci tego znanego zawodnika ). W stawce rajdu zanotowano oprócz rodaków dziesięciu zawodników z Republiki Czeskiej i dwóch Szwedów używających pojazdów raczej mało znanej włoskiej manufaktury HRD. W liście startowej prym wiodły gwiazdy polskiego Enduro, dla potomnych można odnotować akces Jacka Czachora ( wygrał w obydwa dni klasę czterosuwów ), Marka Dąbrowskiego, Macieja Wróbla, Wojciecha Rencza, Zbigniewa Banasika, Sebastiana Krywulta. Na osobny akapit zasługuje Ryszard Augustyn. Powrócił on do rajdowej braci po dwuletniej absencji spowodowanej kolejną kontuzja łękotki ( fatum? ) odniesioną na motocrossie w Lidzbarku Warmińskim na dwa tygodnie przed wylotem na 69 ISDE w Oklahomie, gdzie był przymierzany do startu na KTM 350 LC4. I ten twardy chłopak z Oleśnicy, planujący świętowanie swojego dwudziestolecia w rajdach Enduro, właśnie na swoich śmieciach " ( zaczynał i był długie lata w Kieleckim Klubie Motorowym ) doznał na tym rajdzie największego zawodu... Niezbyt fortunne podparcie się kontuzjowaną wielokrotnie nogą na Enduro Teście, plus uderzenie tym samym kolanem w kołek wytyczający trasę zrobiły swoje. Odezwał się ten stary, znajomy ból... Na najbliższym Punkcie Kontroli Czasu dylemat - jadę dalej zwijając się z bólu, czy zostaję tutaj, został rozstrzygnięty na korzyść tej ostatniej opcji. I bardzo dobrze! W końcu trzeba też słuchać głosu rozsądku. Trudna trasa i mało porywająca aura sprawiły, że na Punktach Kontroli Czasu z tym ostatnim zrobiło się nieco kuso... Tankowanie na tempa, biegi z kanistrem za strefę serwisową ( od dobrych kilku lat zabronione regulaminowo ) były wówczas na porządku dziennym. Bez spóźnień do mety dotarło wtedy tylko siedmiu rajdowców z całej stawki: Mariusz Lorenc, Morgan Rosell ( S ), Łukasz Bartos, Daniel Chrobak, Maciej Wróbel, Sebastian Krywult i Dariusz Przybysz. Swój pogląd na temat trasy i warunków na niej panujących wyraził, w sposób nader spontaniczny ( co poniekąd zrozumiałe u nastolatków, a takim był wówczas ) Paweł Świderski: " Kto taki rajd wymyślił! Takie błoto! Takie góry! Pier...lę, nie jadę dalej! " stwierdził ciskając goglami o ziemię na PKC Zawada. Tylko konkretna perswazja obsługi skłoniła Pawła do podjęcia dalszej walki z trasą i uwarunkowaniami terenowymi. Na tym samym Punkcie Kontroli Czasu, po złapaniu " rybki ", czyli niekontrolowanych wahań kierownicy efektownie szybował w plenerze Wojciech Rencz. Parafrazując znany wers Adama Sikorskiego wrocławianin zapragnął " w życie się zanurzyć "... Minął w locie o jakieś pół metra słup energetyczny i z impetem wylądował pomiędzy skibami i łanami żyta. Na szczęście skończyło się na strachu, a dzielny kierowca KTM-a szybko się pozbierał i wrócił na trasę. Wieńczący zawody finałowy motocross w sumie był wyścigami trawiastymi, gdyż zdarta darń latała wysoko pomiędzy liczną publiczność ( Polki i Polacy jednak kochają sporty motorowe! ), ale na łące nad zalewem w Borkowie zabrakło hopek, czy innych znamion toru motocrossowego. Ale i tak było emocjonująco! Jak za czasów Ryszarda Gancewskiego wszyscy starali się " drzeć wióra " ku aplauzie publiki. Zwycięzca wszystkich prób 51 Rajdu Świętokrzyskiego Maciej Wróbel sprawnie wystrzelił spod zaimprowizowanej maszyny startowej, by prowadzić od startu do mety. Próbował deptać mu po piętach klubowy rywal Sebastian Krywult, ale " zgolona ' tylna zębatka szybko pozbawiła go złudzeń. Pozostało mu tylko kontrolowanie sytuacji i pilnowanie swojej pozycji. W wyścigu otwartym o Memoriał Zenona Wieczorka znów konkurenci mogli jedynie oglądać plecy Macieja Wróbla. Sebastian Krywult leżał na pierwszym zakręcie, ale potem efektownie i skutecznie gonił rywali, by zameldować się na mecie za wspomnianym Maciejem Wróblem i Robertem Warchołem. Jak to na rajdzie Enduro bywa, zdarzały się przypadki " urozmaicania " trasy przez ponoć, lepiej się znających na rzeczy, kibiców. Chwała Najwyższemu, że udało się te praktyki ukrócić szybko i sprawnie "trasiarzom " i obyło się bez większych wpadek. Swoją drogą takie hece zdarzają się na rajdach organizowanych nie tylko w okolicach Kielc. Widocznie kibice to lubią... W 51 Rajdzie Świętokrzyskim zadebiutował w klasie 50 Marcin Banasik.


Czarno-białe zdjęcie z ówczesnego Słowa Ludu (! ) przedstawia Zbigniewa Banasika ( KTM Novi Kielce ) uwijającego się na KTM-ie 600 LC4 pośród taśm Cross Testu na łące nieopodal zalewu w Borkowie

Nie jest to zbieżność nazwisk. Ojciec - Zbigniew Banasik całkiem nienajgorzej radził sobie w tym rajdzie w klasie czterosuwów. Marcin zaś w nie sprostał wymogom 51 Rajdu Świętokrzyskiego... Już po rajdzie, gdy było wiadomo, że Zbyszek Banasik nie ma zamiaru wieszać kasku na kołku, a bynajmniej nie tym sezonie, pytany o start Marcina oświadczył: " Pierwsze koty za płoty! Gdzie się on ma uczyć rzemiosła? Będzie mi popylał dookoła piaskownicy?! Ludzie - to były trudne zawody?! A pamiętacie rajd w Solinie w osiemdziesiątym?! " Trzeba przyznać, iż dla oponentów był to druzgocący argument... Jarosław Ozdoba

Zdjęcia pochodzą z mojego archiwum, a ich autorami są Sławomir Sijer, Tadeusz Herma i sympatyczny kolega Przemysław, w swoich kręgach towarzyskich zwany " Czerwonym " - ponoć nic to nie ma z poglądami politycznymi ;-) . Pozdrawiam Jarosław Ozdoba.

Czytaj więcej...

piątek, 13 stycznia 2012

PZM Warszawa w Granadzie, czyli nasi na 75 ISDE - 2000


Jarek Ozdoba zdecydował się wreszcie podrzucić cos na naszą stronę. Tym razem historia toczy się w roku 2000, a bohaterami są Bartek Obłucki, Łukasz Bartos i Łukasz Kurowski. Ten ostatni na zdjęciu obok z MP w 2006 roku, kiedy Qurak rządził w polskim Enduro.


W kronikach dziejów Polskiego Związku Motorowego ( który - jak twierdził we swej fraszce Stanisław Jerzy Lec: " prężny jest i zdrowy " ) rok 2000 - lub jak wolą zwolennicy magii dat: Dwutysięczny - zapisał się jako rok jubileuszu półwiecza istnienia organizacji. Miedzy innymi w ramach owego pięćdziesięciolecia rzucono pomysł wystawienia na też jubileuszowej, bo 75 Sześciodniówce Motocyklowej z bazą w andaluzyjskiej Granadzie, polskiego zespołu seniorów w najważniejszej kategorii imprezy - World Trophy. W tym towarzystwie nie oglądano naszych rodaków od pięciu lat. Po jeleniogórskiej ISDE w 1995 roku, będącej dla naszych zespołów istną klęską na własnym podwórku ( będzie jeszcze okazja o tym wspominać, jak sądzę ) w latach 1996 - 1997 wystawialiśmy jedynie trzyosobowy zespół klubowy pod szyldem PZMotu, w australijskim Traralgon w 1998, ku zawodowi miejscowej Polonii, byliśmy Wielkimi Nieobecnymi, natomiast w 1999 roku w Portugalii samotnie polskich barw bronił Bartosz Obłucki. A zatem latem 2000 roku w krajowym światku Enduro powiało sensacją. Polski Związek Motorowy ustawił poprzeczkę uprawniającą do kandydowania do zespołu Trophy na wysokości dwustu punktów zdobytych w rajdach serialu Mistrzostw Europy, który to dorobek stanowił przepustkę do trzydniowego Finału ME w portugalskim Tomar. Wymogi spełnili: Bartosz Obłucki, Wojciech Rencz, Maciej Wróbel, Ryszard Augustyn i Zbigniew Przybyła. W szerokim składzie do startu w Tomar znalezli się jeszcze Łukaszowie: Bartos i Kurowski, a także wykładający własne środki na start w Portugalii Marek Przybysz i Piotr Krasuski. Ale - jak to nader często w życiu bywa, gdy doszło do bardziej szczegółowych rozmów na temat spraw finansowych dotyczących startu Polaków na ISDE w Granadzie pojawiły się spore rozbieżności na linii: PZM - zainteresowani zawodnicy. Jak łatwo się można domyśleć, sprawa startu polskiego zespołu World Trophy na 75 ISDE trafiła do kosza. Honoru Biało-Czerwonych w górach Andaluzji miał bronić jedynie trzyosobowy zespół klubowy ( Bartosz Obłucki, Łukasz Bartos i Łukasz Kurowski ) zgłoszony jako PZM Warszawa. Szefem ekipy został Marek Sikora, ówczesny Przewodniczący GKSM. Sewis - sprawa niebagatelna, a często niedoceniana w rajdach Enduro - spoczął głównie na barkach Jarosława Kurowskiego i Jacka Obłuckiego. Hiszpańska jubileuszowa Sześciodniówka miała bazę zlokalizowaną wokół dużego stadionu piłkarskiego w centrum Granady, co stanowi raczej rzadkość na tego typu imprezach. Miejscowa " drogówka " sprawnie zabezpieczała okoliczne ulice i skrzyżowania, a także trasy dojazdowe. Mieszkańcy miasta chyba lubili Enduro, bo nikt nie narzekał na chmary terenowych motocykli kręcących się po grodzie i okolicach. Oficjalnym terminem 75 International Six Days Enduro był 31 pazdziernika - 5 listopada 2000 roku. Ale okazały Start Honorowy odbył się już trzydziestego spod Pałacu Sprawiedliwości. Wystartowało równo sześciuset pięćdziesięciu zawodników z całego świata. W gronie 98 zespołów klubowych trzy dumne polskie sierotki pod szyldem PZM Warszawa. Czy dadzą radę? Dojadą do mety Six Days? Panie i Panowie! 75 Sześciodniówkę Motocyklową uważamy za otwartą! Pierwszy dzień ISDE nie był zbyt wymagający, aczkolwiek dominowała trudna górska trasa ze stromymi zjazdami i podjazdami, a tego było 240 kilometrów w jednym z dwóch okrążeń. Do tego dochodziła pogodowa zabawa w deszcz i słońce. Ale trasa - choć wymagająca kondycji i " pary " w rękach - to jedno, a próby: Cross Test i Enduro Test, gdzie trzeba na całego walczyć z umykającym czasem i zmiennym terenem, to drugie. I oto, po zakończeniu zmagań pierwszego dnia Sześciodniówki i ogłoszeniu wyników, w polskim obozie szok, zaskoczenie i radość. PZM Warszawa wśród klubów na czwartym miejscu! Tyle, że do końca imprezy jest jeszcze pięć długich, pełnych niewiadomych, dni... Dzień drugi andaluzyjskiej edycji Six Days był powtórką dnia poprzedniego. Ta sama trasa, ale już wybita, takie same próby i identyczne limity czasowe. Przebito jedynie znaki kierunkowe na te z obowiącym drugiego dnia kolorem. Trwa pogodowa zabawa w zmienność - upał zmienia się w chłód i deszcz, by po jakimś czasie słońce podnosiło skalę termometrów ostro w górę. W klasie 250 4T nasz Bartosz Obłucki oscyluje w pobliżu czołówki. Jadąc fabryczną Husqvarną lokuje się na ósmej pozycji. Używający KTM-ów 125 EXC obaj Łukaszowie zajmują odpowiednio miejsca - 54 ( Kurowski ) i 57 ( Bartos ). W gronie klubowiczów nasze trio nadal na czwartej lokacie. W gronie ekip walczących o najwyższą stawkę imprezy, czyli World Trophy, niepokojące wieści dochodzą z obozu Finlandii. Samuli Aro fatalnie " poszedł w kozły ", czego efektem było złamanie obojczyka i nogi. Czy Finowie w piątkę obronią zdobyte w roku 1999 World Trophy? Dzień trzeci 75 ISDE przyniósł kolejną sensację rodem z obozu fińskiego. Silnik ( wzruszająco wiernego tej marce ) Husqvarny WR 125 Petteri Silvana zastrajkował na półmetku imprezy! Tak oto murowani faworyci Sześciodniówki w Granadzie wylądowali na dziewiętnastym miejscu w kategorii World Trophy. Na prowadzenie wysunęli się Włosi wyprzedzając gospodarzy. Podczas startu zanotowano jedynie t r z y stopnie Celsjusza, ale było słonecznie i sucho, co spowodowało wprowadzenie czasów " A ". Co było słychać w gronie najbardziej nas interesujących klubowych trójek? Zacznijmy od dobrych wieści. Zespół PZM Warszawa nadal na miejscu czwartym. Bartosz Obłucki nie opuszcza ósmej pozycji, ale jest drugi w klasie wśród zawodników używających motocykli Husqvarna TE 250. Za to w KTM-ie Łukasza Bartosa dzieją się jakieś cuda z instalacją elektryczną. Mimo to nasz zawodnik melduje się na pięćdziesiątym piątym miejscu w klasie 125. Łukasz Kurowski jadący także jednośladem z Mattighofen, ale bezawaryjnym ( odpukać! ) lokuje się na pięćdziesiątej pierwszej pozycji. Czwarty dzień 75 Sześciodniówki Motocyklowej przynosi po nocnej ulewie istne grzęzawisko na trasie. Posypały się spóznienia, protesty spływały do Jury lawinowo, anulowano czasy zastępując je wariantem " C ", wprowadzano dorazne objazdy - słowem: całkiem niezłe zamieszanie! Ale pomimo tego całego zamętu, a także niepokojących stuków i gwizdów w silniku motocykla Łukasza Bartosa zespół PZM Warszawa nadal widnieje w klasyfikacji na czwartym miejscu! Piąty dzień andaluzyjskiej Sześciodniówki przyniósł wiele wieści mogących bardziej wrażliwych przyprawić o palpitacje. Aby skala gradacji była odpowiednia zacznijmy od Łukasza Bartosa. Silnik jego KTM-a definitywnie padł p i ę ć d z i e s i ą t kilometrów przed metą dnia! Z doskonałej - biorąc pod uwagę możliwości i konkurencję - pozycji czwartej efektownie zjeżdżamy na tyłku, by wylądować na pięćdziesiątym drugim miejscu wśród zespołów klubowych. Pociechą jest awans Bartosza Obłuckiego na piątą lokatę w klasie 250 4T i skok na czterdzieste miejsce Łukasza Kurowskiego w 125. Ale chyba nie wszystko jest do końca stracone...Międzynarodowe Jury na skutek stanowczych protestów, popartych twardymi argumentami, ekip Portugalii, Meksyku i Argentyny, anuluje drugą i trzecią próbę Cross Test. Wcześniej, po nocnej burzy, odwołano skracając trasę trzy ostatnie Punkty Kontroli Czasu. W ten sposób Day Five ogranicza się do bez mała półtorej " kółka ". Decyzja Jury przynosi też dobre nastroje wśród naszych - PZM Warszawa wraca na czwarte miejsce! Jest tylko jeden problemik - motocykl Łukasza Bartosa nie został wprowadzony do Parc Ferme... Na szczęście jeden z haczyków regulaminu ISDE zezwala na jednokrotny start pomimo nieukończenia poprzedniego dnia przez zawodnika z zespołu klubowego, a więc jest nadzieja... Łukasz Bartos dostał dość nieoczekiwaną propozycję użyczenia jednostki napędowej od startującej w tej Sześciodniówce... Japonki. Gejszę mocna kontuzja wyeliminowała z jazdy, kończąc jej udział w International Six Days Enduro. Jakich uroków, argumentów i inych zakusów użyli nasi wobec dziewczyny z Kraju Kwitnącej Wiśni niechaj pozostanie ich tajemnicą... Szósty dzień Six Days to tradycyjnie krótka ( w porównaniu z poprzednimi etapami ) trasa i finałowy motocross, emocjonujący nie tylko publiczność, ale także dziennikarzy, zawodników i inne osoby, które w każdej Sześciodniówce są po prostu nieodzowne. Jak wiadomo - podczas ISDE walka trwa do samego końca. Łukasz Bartos jadący poza konkurencją przeżył po raz kolejny chwilę zwątpienia. Pożyczony od dziewczyny z dalekiej Japonii silnik rodem z Mattighofen efektownie eksplodował! Fatum, czy co? Ale - co tam! Sa też inne i to bardziej pomyślne wieści. Bartosz Obłucki jest trzeci na motocrossie w swojej klasie. Hiszpańskie hostessy z Telefonica Movi Star gorąco obcałowują Polaka! Łukasz Kurowski jest osiemnasty na mecie wobec czterdziestu startujących w jego grupie. Szkoda tylko, że było tak niewiele polskich flag... Ostatnie posiedzenie Międzynarodowego Jury przynosi kolejne zaskoczenie: druga pętla przedostatniego dnia Sześciodniówki zostaje anulowana! Z powodu dużej ilości kurzu ograniczającego wioczność ( ciekawe - przecież zawodnicy jechali dojazdówkę, a potem ścigali się na motocrossie! ) anulowano też rezultaty dnia szóstego. Para poszła w gwizdek... Jak było, tak było, ale trzeba uczciwie przyznać, że nasza trójka zgłoszona do udziału w 75 Sześciodniówce Motocyklowej dokonala dużo większego wyczynu niż się od nich spodziewano. Jarosław Ozdoba
Czytaj więcej...

poniedziałek, 5 września 2011

63 Sześciodniówka Motocyklowa, czyli Polska w roli " Czerwonej Latarni ". Francja - 1988



Próba rozruchu przed startem

Tym razem Jarek Ozdoba pisze nie o sukcesie, a o porażce.

"Nikt nie wymaga od was samych zwycięstw. Czasem i przegrać przychodzi. Ale każdy ma prawo żądać od was ambitnej i nieustępliwej walki. Nie dopuśćcie do tego, aby ludzie uznali was za niegodnych... podania ręki. " Kto wypowiedział te wciąż bardzo aktualne słowa? Pytanie do młodego pokolenia sportowców. Nagrody nie będzie, chociaż taka wiedza jest już nagrodą samą w sobie.

Jest takie - dość kolokwialne - określenie, traktujące o pęknięciu szelek i opadnięciu gatek. Zazwyczaj stosuje się je w sytuacji, gdy bardzo o coś się staramy, perspektywy wydają się być nawet obiecujące, sukces całkiem realny, a tymczasem: pupeńka nowonarodzonego wężyka z tego... Rok 1988 przyniósł w polskim środowisku Enduro dwa medalowe miejsca w Mistrzostwach Europy zdobyte przez Piotra Kasperka i Ryszarda Gancewskiego. Nic zatem dziwnego, że ta dwójka stanowiła fundament naszej kadry World Trophy zgłoszonej do startu w 63 International Six Days Enduro przeprowadzonej w terminie od piątego do dziesiątego września 1988 roku. Oprócz seniorów w imprezie startował też polski zespół w kategorii Junior Trophy. A zatem we francuskim Mende reprezentowało nas dziesięciu rajdowców. Polski Związek Motorowy do boju na szlakach ulokowanych u podnóża Masywu Centralnego wydelegował w zespole seniorów Piotra Kasperka i Andrzeja Tomiczka na fabrycznych Simsonach GS 80 WKH; Ryszarda Gancewskiego na Simsonie GS 125 WKH; Zbigniewa Przybyłę na Jawie 250 E`88; Zbigniewa Banasika na Jawie 250 VVZ i Zbigniewa Grotha na Jawie 500 VVZ. W zespole juniorów startowali: Bogdan Warchoł na pamiętającym poprzednią Six Days KTM-ie 125 EXC; Krzysztof Tobiasz; Tomasz Kodym i Jacek Czachor - cała trójka na Jawach 250 VVZ. Początkowo w klasie 250 zespołu seniorów planowano Ryszarda Augustyna. Niestety, pech podstępnie przyczaił się na zawodnika Kieleckiego Klubu Motorowego. Podczas eliminacji Mistrzostw Europy w zachodnioniemieckim Eischwegen przy lekkim skręceniu prawej nogi - i tak już mocno nadwyrężonej podczas poprzedniego i obecnego sezonu - pojawił się po raz kolejny krwawy wysięk w nieszczęsnym, bo już kilkakrotnie operowanym kolanie. Efektem było zakucie w gips i wypadnięcie z zespołu World Trophy na Sześciodniówkę w Mende. Pociechą był wyjazd na ISDE w charakterze " Krasnoludka ", która to funkcję Ryszard Augustyn pełnił wraz ze Stanisławem Olszewskim. Kadrowej Jawy dosiadł klubowy sąsiad zza miedzy - Zbigniew Banasik z kieleckiej Korony. Augustyn jako " Krasnal " przydał się na tej imprezie, nie raz służąc radą i pomocą. Sprzęt jak to w tamtych latach i ówczesnych uwarunkowaniach było stanowiły Simsony i Jawy. Jednoślady z Suhl były całkowicie obsługiwane przez wytwórnię. Z małym wyjątkiem - o opony i dętki musiał troszczyć się PZMot. Ale: niech tam będzie! Z kolei zacna firma Jawa dostarczyła jedną dwieściepięćdziesiątkę chłodzoną wodą dla Zbigniewa Przybyły, zapewniając dla tej sztuki pełny serwis. Pozostałe motocykle były znanymi modelami VVZ, tym razem z pojedyńczym tylnym teleskopem ( Jawa i MZ stosowała wówczas rozwiązanie z podwójnym elementem resorującym ), błotnikami UFO Plast i rollgazami Magura. A zatem sześciodniówkowe Jawy Enduro Polaków należało " uzdatnić " przy pomocy zasobów i kontaktów warszawskiego OTZ-u do startu w Six Days. Impreza o prawie wiekowej tradycji ( pierwsza edycja miała miejsce w 1913 roku ) jaką jest Sześciodniówka Motocyklowa, od jej zarania stanowi próbę sprawności i wytrzymałości zawodników oraz motocykli. Ale jej przebieg stanowi arenę nieoczekiwanych zwrotów akcji, niesprzyjających zbiegów okoliczności, łez bólu, ale też i radości. Nie brakuje tu także sytuacji, które nie powinny ( według wszelkich założeń ) mieć miejsca, a jednak się zdarzyły... To ostatnie, jakże dosłownie, dotyczy polskiego zespołu World Trophy na Sześciodniówce w Mende, a także zawodników z NRD - jednego seniora i juniora. A wschodnioniemieccy motocykliści spod szyldu DDR rok wcześniej w Jeleniej Górze zdobyli obydwa najważniejsze trofea Sześciodniówki Motocyklowej. No dobrze, ale o co właściwie chodzi w tym minorowym akapicie? Zaraz do tego dojdziemy... Start do pierwszego dnia 63 Six Days przebiegł dla Polaków ogólnie pomyślnie. Z lekka kaprysił przy rozruchu Simson Andrzeja Tomiczka, ale fachowe rady Ryszarda Gancewskiego i Stanisława Olszewskiego, znających te sprzęty na wylot znakomicie pomogły ogarnąć temat.


Ale to dopiero początek niespodzianek... Już po niecałych dwudziestu minutach, na pierwszym PKC okazało się, że " Ganc " ma nieprzyzwoicie duże spóznienie. Jego Simson 125 miał poważne problemy z silnikiem, brakowało mocy. Co jest grane?! Z odsieczą ruszył Stanisław Olszewski. Nie pomaga wymiana kilku świec, zmiana gaznika, wymieniono cewkę zapłonową, simmering na wale korbowym, ba! - zmieniono kompletny Motoplat. Nic z tego. Simson Gancewskiego przerywa, strzela w tłumik, beczy zamiast jechać... Na pierwszym PKC drugiej pętli motocyklista z Kajkowa ma osiem minut do tyłu ponad dopuszczalną godzinę spóźnienia i tym samym wypada z imprezy... W Simsonie Piotra Kasperka brakuje mocy, silnik nieustannie przerywa pracę. Nie pomaga pomoc i pchanie przez prawie cztery kilometry ( ! ) w wykonaniu Andrzeja Tomiczka. Ubryzgany olejem zespół napędowy odmawia definitywnie współpracy pod koniec pierwszej pętli na skutek wypalonej dziury w tłoku. Koniec przyszedł tak niespodziewanie szybko... Wyczynowe Simsony od lat miały zasłużoną opinię maszyn niezawodnych, znakomicie znoszących trudy rajdów Enduro i Sześciodniówek. Tym czasem w Mende po pierwszym dniu do Parc Ferme nie trafiają oprócz motocykli Kasperka i Gancewskiego także sztuki zawodników z NRD - Thomasa Bieberbacha ( World Trophy ) i Danillo Poerschke z zespołu juniorów. Jak to w takich razach bywa, rodzą się przeróżne domysły i teorie. Błąd fabryczny? Sabotaż? A może złośliwość rzeczy martwych, bo i tak w technice bywa... Ludzie z Simsona mają poważne obawy o przyszłe losy swojego Działu Sportu, będącym dotąd oczkiem w głowie fabryki z Suhl. Bo zaproszenie na " rzeczowe rozmowy w szczerej i pełnej zrozumienia atmosferze " ze smutnymi panami z enerdowskiej bezpieki STASI mają tak pewne, jak to, że rano wzeszło słonko. Drugiego dnia Polacy z zespołu World Trophy startują z bagażem 30 000 karnych punktów za brak Kasperka i Gancewskiego. Taka suma będzie lądować codziennie na koncie już do końca Sześciodniówki, co da 180 000 punktów i zapewni naszym pierwsze miejsce od końca. Niech to szlag! Drugiego dnia na próbach najlepiej z naszych uwija się Andrzej Tomiczek, nadopiekuńczo wspierany przez serwis Simsona - w końcu jedyny Polak na jednośladzie tej marki, w dodatku z szansą na wynik w klasie. Gorsza historia wynikła ze Zbigniewem Przybyłą. " Gucio " walczył na trasie i próbach ze stłuczoną prawą stopą. W końcu - dziś to raczej nie do pomyślenia - lekarz ordynuje blokadę. Zabieg to kontrowersyjny w kategorii humanitarnej, ale daje możność jechać dalej w Sześciodniówce. Bilans na koniec drugiego dnia jest następujący: zespół World Trophy zamyka stawkę na dziewiętnastym miejscu, juniorzy otwierają drugą dziesiątkę. Dobrze to, czy wręcz na odwrót?... Dzień trzeci francuskiej ISDE już z samego rana przyniósł nielichą sensację. Stefano Passeri z włoskiego zespołu Trophy, idącego " łeb w łeb " z gospodarzami Sześciodniówki, nie uruchomił w wymaganym podczas próby rozruchu czasie silnika swojej Husqvarny. Santa Madonna! ( Nie chodzi bynajmniej o piosenkarkę ). I u nas były nerwowe chwile. Gdynianin Zbigniew Groth, po obfitym " przelaniu " uruchomił silnik Jawy 500 dopiero w czterdziestej drugiej sekundzie. Na trasie okazało się, że ludzie odpowiedzialni za jej oznakowanie potraktowali swoją powinność raczej powierzchownie, stąd pobłądzenia i spóźnienia na Punktach Kontroli Czasu.


Zbyszek Banasik

Z zespołu seniorów tylko Zbigniew Banasik uchował tego dnia zerowe konto w czasie wizyt na punktach sprawdzających czas przejazdu. W sumie i seniorzy, i juniorzy złapali tego dnia po kilka minut ponad wyznaczony czas. Opanowaniem wykazał się Andrzej Tomiczek. Mając osiem minut zapasu pomiędzy metą pierwszej, a wjazdem na drugą pętlę dnia dał radę w ciągu ( zmierzono stoperem! ) sześciu i pół minuty zmienić przedni lewy teleskop. Brawo! W klasyfikacji Junior Trophy Polska awansuje na dziewiątą lokatę. Czwarty dzień Sześciodniówki Motocyklowej w Mende można określić jako dzień czasowej niespodzianki, a raczej pułapki. Z dystansu dnia odjęto 12 kilometrów, ale czas też skrócono o dwadzieścia minut, więc na poszczególnych odcinkach zrobiło się kuso z czasem przewidzianym na przejazd. Co tu dużo pisać - w polskich zespołach wszyscy do tyłu. Bogdan Warchoł przeżył spotkanie z kamieniem raczej słusznych rozmiarów, co zaskutkowało mocnym potłuczeniem nogi. Motocykl, choć pokiereszowany, ogólnie sprawny i do jazdy. Z oporną materią walczył przy zmianie opony na koniec dnia Tomasz Kodym. Guma trzymała się obręczy niczym przyklejona i w ten sposób całkowite spóźnienie sochaczewianina urosło do jedenastu minut. W gronie juniorów Polacy znów awansują - tym razem na siódme miejsce. W World Trophy bez zmian - zamykamy stawkę. Piąty dzień 63 Six Days przebiega w miarę spokojnie, aczkolwiek motocykle niektórych polskich zawodników nieco opornie podejmują pracę na starcie, co ludzi związanych z naszą ekipą przyprawia o niezbyt zdrowe emocje. Na szczęście wszystko skończyło się na strachu... Niespodziankę sprawiła pogoda serwując paletę szaro-burą z odcieniem mglistości. Do tego zabawa, zależnie od położenia nad poziomem morza, w ciepło-zimno. Było dość dziwnie, gdy wzbite w opary mgły obłoki kurzu wznieconego przez koła motocykli opadały w postaci kleistej, błotnistej mazi pokrywając otoczenie, zawodników i kibiców rdzawą papką. Tym razem polskie zespoły podróżowały bez przygód i spóźnień. Juniorzy utrzymali siódmą lokatę, co ciekawe - zostawili na pobitym polu Francuzów, czyli gospodarzy imprezy. Ostatnim akordem Sześciodniówki w Mende, po pokonaniu przez zawodników blisko dziewięćdziesięciokilometrowej ( zabrakło dwóch tysięcy metrów ) dojazdówki, był jak każe tradycja i regulamin finałowy motocross. I tu lekkie zdziwienie. Po sześciu dniach jazdy po górach, pokonywaniu stromych podjazdow, holwegów, atrakcyjnych prób, wytrzaśnięto płaską łąkę, na której usypano lub spiętrzono spychaczem kilka skoków ku uciesze gawiedzi. Kurzyło się na tym motocrossie niemiłosiernie, nic dziwnego, że po każdym biegu zarówno publika, jak i zawodnicy byli równo pokryci ceglastym pyłem. Nie obyło się bez kilku sensacji w polskim gronie.


Andrzej Tomiczek

Andrzej Tomiczek po zbiorowej kraksie tuż po starcie, gonił czołówkę ignorując urwaną dźwignię sprzęgła, a dłonią zastępując zgubiony w ferworze walki korek paliwa. Warto było stosować takie poświęcenie, bo zaowocowało ono zdobyciem Złotego Medalu FIM. Zbigniew Banasik niefartownie przebił dętkę tuż po starcie swojej grupy. Cóż było robić? Crossował na " kapciu "! Z kolei Bogdan Warchoł stwierdził w czasie wyścigu dziwne prowadzenie się swojego motocykla. Już na mecie orzeczono pęknięcie kierownicy. Brrrr!... Co by było, gdyby pękła do reszty jeszcze przed metą? Na Jacka Czachora zawzięli się konkurenci pragnący go przyblokować. Tylko, że biedacy trafili na chłopaka z Targówka, a ci tanio skóry zazwyczaj nie sprzedają. Zbigniew Przybyła przejechał motocross, lokując się w połowie stawki, mając do dyspozycji jedynie pracującą " dwójkę " w skrzyni biegów! Pomimo fatalnego pecha Piotra Kasperka i Ryszarda Gancewskiego już na początku imprezy ( ludzie z ekipy Simsona schodzili z oczu trenerowi Mirosławowi Malcowi, a on do końca zawodów im się nie kłaniał ), ostatniej lokaty w World Trophy, Sześciodniówka w Mende anno 1988 nie poszła w las. Juniorzy zdobyli przyzwoitą siódmą lokatę. Zbigniew Przybyła i Andrzej Tomiczek sięgnęli po Złote Medale FIM. Niestety, akurat podczas tej edycji Sześciodniówki przyszło nam posmakować goryczy porażki, ale w sporcie jak w życiu - ktoś musi być ostatni... Jarosław Ozdoba


Zdjęcia autorstwa Andrzeja Martynkina
Czytaj więcej...

środa, 31 sierpnia 2011

Dwadzieścia lat od premiery Cross Country nad Wisłą

Ponownie wracamy do historii. Przed ostatnią eliminacją MP XC w Siemiatyczach warto dowiedzieć się czegos o początkach Cross Country w Polsce. Było to zadziwiająco dawno,a opowiada - jak zwykle - Jarek Ozdoba.

Od kilku już dobrych sezonów zawody motorowe organizowane w formie Cross Country zdobyły w Polsce dość ugruntowaną pozycję, dorobiliśmy się kilku specjalistów w tej kategorii, rozgrywa się je w formule mistrzostw krajowych, a także pucharu. Poza imprezami szczebla centralnego mają też spore wzięcie edycje okręgowe, strefowe, czy lokalne. Pionierską imprezę Cross Country zorganizowano w Rzeczpospolitej, co warto przypomnieć młodzieży i ludziom słabiej pamiętającym tamte czasy i wydarzenia, już równo dwie dekady temu na inaugurację sezonu 1991, dokładnie szóstego i siódmego kwietnia, a areną zmagań zawodów zaliczanych wtedy do I i II eliminacji Mistrzostw Polski w rajdach Enduro był odpowiednio spreparowany tor motocrossowy w Czerwionce na Śląsku. Samą ideę podchwycono podczas skandynawskiego rekonesansu przed szwedzką Sześciodniówką w Vasteras w 1990 roku. Pomysł wydał się sensowny i wart spróbowania. Po co wytyczać pętlę o długości blisko siedemdziesięciu kilometrów, wplatać w nią próby, organizować punkty kontrolne. Wystarczy przecież wydłużyć typowy tor motocrossowy, dołożyć odcinki leśne, trochę mokradeł i naturalnego terenu. Do eksperymentu namówiono ludzi z Górnika Czerwionka pod wodzą Henryka Buchty. Tor zlokalizowany na hałdach KWK " Dębieńsko " zmodyfikowano do wymogów nowej konkurencji odpowiednio wydłużając i oznakowując dystans. Miało być dziesięć kilometrów w jednym okrążeniu, ale z powodu kolidującego z trasą dwukrotnego przejazdu przez tory kolejowe stanęło na siedmiu tysiącach metrów. Pozostało zatem czekać na chętnych do rywalizacji. Regulamin tej pionierskiej wówczas imprezy oparty był na zasadach motocrossu. Dla najmłodszych startujących na Simsonach S51 Enduro w klasie 50 przewidziano po cztery okrążenia każdego dnia. W klasie 125 jeżdżono i rywalizowano codziennie w dwóch przejazdach po sześć rundek na hałdach nieopodal Czerwionki. Klasy: powyżej 125; 250 i powyżej 250 jechały każdego dnia po siedem okrążeń w trzech biegach. W sumie - ni to klasyczny rajd Enduro, ni prawdziwy motocross. Jak na tamte czasy polskiego Enduro park maszyn imponował ilością markowego sprzętu. Jedynie w 50 i 125 rywalizowały wyłącznie Simsony i CZ. W pozostałych klasach dominowały Husqvarny, których było aż jedenaście, Hondy, Kawasaki, Suzuki, Yamahy i austriackie KTM-y. Jawy Enduro stanowiły dużo mniejszy element stawki sprzętowej. Do startu dopuszczono motocykle crossowe, stąd wysyp japońskich jednośladów na Cross Country w Czerwionce. Po rocznej karencji będącej wynikiem odmiennych stanowisk zainteresowanych klubów ( Zagłębie Miedziowe Głogów - WKM Wschowa ) na inauguracyjnej imprezie sezonu 1991 pojawił się Zbigniew Przybyła - już jako zawodnik klubu ze swojej rodzinnej Wschowy. Powrót okazał się całkiem udany, gdyż " Gucio " pierwszego dnia na Husqvarnie TE 350 pozostawił w tyle Ryszarda Gancewskiego z KTM Novi Kielce ( Kawasaki KX 500 ) i Ryszarda Augustyna z Kieleckiego Klubu Motorowego używającego Husqvarny WR 260. " Szalony Ganc " najpierw nie odpalił zgasłego silnika i został na maszynie startowej, następnie na początku trzeciego wyścigu z lekka poturbował mały palec lewej ręki ( stłuczenie i pięć szwów ) w kolizji z metalowym słupkiem. Myślicie, że " Gancu " się wycofał z rywalizacji? Nic bardziej mylnego! Karetka zawiozła go do szpitala, dopiero po wymachaniu na mecie trzeciego biegu. Niestety, eskulapi zabronili motocykliście z Kajkowa startu w drugim dniu, musiał zadowolić się aktywnym dopingiem kolegów. Z absencji Ryszarda Gancewskiego skorzystał morawianin Milan Vasiczek wystawiony przez zespół z Grodkowa, który wskazał Zbigniewowi Przybyle drugie miejsce na podium dnia. Ryszard Augustyn ponownie był trzeci. W klasie 250 obydwa dni należały do Andrzeja Tomiczka - dwukrotnie pierwszy - i Piotra Kasperka - był dwa razy drugi. Za dwójką z Bielskiego BKM-u na Husqvarnach ulokował się jeżdżący wówczas w teamie KS Turów Bogatynia Tomasz Kodym korzystający z Jawy Enduro. Przy okazji Andrzej Tomiczek pokazał klasę i pazur waleczności kończąc dwa na sześć wyścigów z " kapciem " w tylnym kole. Wybierający się wraz z Tomiczkiem na podbój Mistrzostw Świata Maciej Wróbel również zademonstrował wysoki kunszt. Jadąc nader zawzięcie w obydwa dni, pozostawił za sobą w klasie powyżej 125 ( również ambitnych! ) Wojciecha Rencza z Turowa i młodszego z braci Czachorów - Mariusza reprezentanta AMK Pałac Młodzieży Warszawa. Z podczewionkowskimi hałdami, krzakami, kałużami i przecinkami wśród brzózek i samosiejek dzielnie radzili sobie ówcześni herosi klasy 125 pomykający na jednośladach marki CZ. Bohaterami tych zmagań na pokopalnianych hałdach byli: Sławomir Oleś; Zbigniew Szczepanek ( obaj z KKM Kielce ); Wiktor Iwański ( Zagłębie Miedziowe ); Wojciech Brzuśmian ( BKM Bielsko-Biała ). Klasa 50 rekrutująca się z Simsoniarzy była najliczniejszą i najbardziej ambitną - niczego nie ujmując pozostałym. Wiadoma sprawa, że w wieku lat nastu ma się cokolwiek odważniejsze spojrzenie na świat, tudzież na rywali z trasy zawodów motocyklowych. Mimo, że w kwietniu 1991 roku naszej rajdowej młodzieży nieraz przyszło za pomocą pchania wspomagać możliwości silników motorowerów rodem z Suhl, dali radę wykazując się niezłą wytrzymałością w tej imprezie. Pierwsze lokaty podzielili wówczas pomiędzy siebą: Jarosław Chećko ( KKM ) i Sebastian Krywult ( BKM ). Za nimi ulokowali się - Jakub Laskowski z KKM-u i reprezentant KS Turów Jacek Dejniak. Ci co znali tor motocrossowy w Czerwionce nie byli zbytnio zdziwieni jego konfiguracją i skalą trudności, pozostali bardzo obiekt chwalili, narzekano jedynie na kurz, ale - gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą!... Początek dziejów polskiego Cross Country został dokonany wiosną 1991 roku. Potem temat uległ pewnej " hibernacji ", by powrócić ( znów na otwarcie sezonu ) w roku 1998, gdy na poligonie w Czerwonym Borze pod Łomżą rozegrano kolejne takie zawody włączone do serialu MP Enduro. Potem pojawiły się imprezy w Biedrusku, Chełmnie i wielu innych miejscach. Jak to mawiają: dalej to już poszło! A wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu na torze w Czerwionce... Jarosław Ozdoba

Czytaj więcej...

czwartek, 18 sierpnia 2011

ME Enduro w 1988


Tym razem Jarek Ozdoba opowiada o rajdach Enduro sprzed 23 lat.

Rok 1988 był przedostatnim sezonem egzystencji Mistrzostw Europy w rajdach Enduro przed awansem serialu do miana Mistrzostw Świata od sezonu 1990. Rozgrywki kontynentalne powróciły w roku 1992 jako rozgrywki juniorów równoległe z eliminacjami MŚ. Od sezonu 1998, już pod skrzydłami nowej federacji międzynarodowej - Europejskiej Unii Motocyklowej ( UEM ), Mistrzostwa Europy powróciły do niezależnego cyklu rozgrywek o tytuły najlepszych rajdowców na Starym Kontynencie. W 1988 roku motocykliści znad Wisły odnieśli spore sukcesy w Mistrzostwach Europy, niestety po raz ostatni w dekadzie lat osiemdziesiątych. W dodatku z powodzeniem stawiali czoła europejskiej konkurencji dysponując pożyczonymi Simsonami i Jawami. Ale jedynie na taki sprzęt - w ówczesnej rzeczywistości podzielonej Europy - mogliśmy wówczas liczyć. O ile enerdowska wytwórnia o dość skomplikowanej nazwie: IFA Kombinat Simson veb Fahrzeug - und Jagdwaffenwerk ERNST THALMANN Suhl, traktowała polskich kierowców jako zawodników fabrycznych dostarczając nowe modele motocykli i zapewniając pełną obsługę na zawodach, to Jawa uparcie wpychała nam o krok gorsze wersje swoich wyczynowych motocykli. " Uzdatnianie " kadrowych Jaw Enduro leżało w gestii Ośrodka Technicznego Zaopatrzenia PZMotu. Ów OTZ na ul. Kickiego na warszawskim Grochowie był swoistą mekką wszystkich klubów motorowych istniejących wtedy w Polsce. Tylko tam można było bowiem dostać niezbędne części zamienne, opony, akcesoria, czyli wszelakie atrybuty niezbędne do funkcjonowania sportu motorowego. Młodzieży wychowanej we współczesnych realiach, gdy w każdym większym mieście istnieją sklepy i salony motocyklowe pełne wszelakiego dobra, taka sytuacja może wydawać się co najmniej dziwną, ale - tak było! Na sezon 1988 umowy zawarte przez Polski Związek Motorowy zapewniały dostawy na ME dwóch Simsonów - jednej 80 i jednej 125 - WKH ( wówczas były to topowe modele rodem z Suhl! ) i także dwóch egzemplarzy Jaw Enduro. W tym wypadku była to chłodzona wodą dwieściepięćdziesiątka E`87 typ 681 i pięćsetka w specyfikacji VVZ z silnikiem jeszcze chłodzonym powietrzem. Po rajdzie zaliczanym do Mistrzostw Polski, ale z wykorzystaniem fragmentów trasy ISDE 1987, z bazą w Jeleniej Górze przyklepano obsadę kadrowych motocykli na europejskie wojaże. Simsona 80 dosiadł Piotr Kasperek ( BKM Bielsko-Biała ), w tradycyjnej dla siebie klasie 125 znalazł się Ryszard Gancewski ( GAMK Budowlani Gdańsk ). W klasie 250 zaawizowano Zbigniewa Przybyłę ( Zagłębie Miedziowe Głogów ), a w pięćsetkach szczęścia miał próbować Zbigniew Groth z GKM Bałtyk Gdynia. Pierwszy rajd sezonu był premierowy także pod względem organizacyjnym, gdyż po raz pierwszy w historii kolorowy cyrk Enduro zawitał do ówcześnie mało znanej w tym środowisku Portugalii. Uczestnikom zawodów przybyłym na weekend 07-08 maja do Viana de Castello przyszło zmierzyć się z tutejszym terenem, aurą i co w Enduro nieuniknione - przeciwnościami losu. Jak się okazało, perfekcyjnie przeprowadzone zawody, których dominującym elementem pogodowym był ulewny deszcz, oferowały trudną, błotnisto-kamienistą trasę, ale i niewygórowane czasy przejazdu. Ciekawe próby wymagały za to dużej sprawności i nienagannej techniki jazdy. Takie warunki najbardziej odpowiadały uznanemu mistrzowi błota Ryszardowi Gancewskiemu, który był dwukrotnie drugi w 125. Piotr Kasperek był czwarty i piąty w osiemdziesiątkach. W pięćsetkach progresję formy odnotował Zbigniew Groth, który w sobotę był czternasty, a w niedzielę dojechał na dziesiątym miejscu. O pechu mógł mówić Zbigniew Przybyła. W jego Jawie 250 już na pierwszym okrążeniu trasy pierwszego dnia ( ! ) " poszedł " wodzik skrzyni biegów czyniąc ją niesprawną. Czechosłowaccy serwisanci kiwali głowami ze zdumieniem, ale takowej części ponoć nie mieli na składzie, a całej skrzyni nie chcieli choćby pożyczyć. Obawiali się o ewentualną pozycję i punkty Libora Podmola? Co ciekawe, na kolejny rajd we Francji w motocyklu Przybyły znalazła się jednak nowa przekładnia.


Tydzień po rajdzie w Portugalii barwna karawana uczestników Mistrzostw Europy ( kto był na rajdzie Enduro choć raz, zna ten klimat... ) zawitała do francuskiego Razes, by 14-15 maja móc uczestniczyć w kolejnych eliminacjach serialu. Warunki pogodowe były podobne do tych z Viana de Castello. Zimno i deszczowo, do tego dochodził porywisty wiatr. Swoje zrobiła trudna trasa i... dojazd do pierwszej pętli. Na wąskiej, piaszczystej, błotnistej i pełnej korzeni stromej ścieżce na zboczu góry tworzyły się zatory wśród tych, którzy mieli spore problemy z przejechaniem tego odcinka. Twórcy korków tarasowali przejazd innym, bardziej sprawnym, motocykle wyczyniały arcyciekawe harce, wymykając się spod kontroli kierowców, paliły się sprzęgła... Tu właśnie z powodu spalonego sprzęgła zakończył w sobotę przygodę z rajdem gdynianin Zbigniew Groth. Tarcze zmieniły się w kupkę popiołu... I jak to czasem bywa, znów serwis Jawy nie dysponował potrzebnym elementem. Były też dwa ciasne czasowo odcinki, gdzie poza ( szkoda, że już nieżyjącym ) Gillesem Lelayem i Sven-Erickiem Joenssonem, wszyscy zaliczyli spóźnienia. Z polskiej czwórki, a właściwie trójki, najlepiej wiodło się Piotrowi Kasperkowi, który był trzeci i piąty w klasie 80. Ryszard Gancewski w sobotę był czwarty, a w niedzielę ( po zerwaniu prowadnicy łańcucha i koniecznej, ale kosztownej czasowo, naprawie w plenerze ) osiągnął metę na szesnastym miejscu w klasie 125. Zbigniew Przybyła w najsilniej obsadzonej klasie 250 był dziesiąty i siódmy. Rajd w austriackim Weisskirchen przeprowadzony w terminie 18-19 czerwca nie porażał zbyt trudną trasą, ani pułapkami czasowymi. Mimo to, dla naszej eksportowej czwórki okazał się imprezą bez znaczących historii. Piotr Kasperek i Ryszard Gancewski kontrolowali sytuację w swoich klasach. Bielszczanin był trzeci i czwarty, a " Ganc " dwukrotnie stanął na najniższym stopniu podium. W dwieściepięćdziesiątkach Zbigniew Przybyła celował w drugą połowę dziesiątki, co zaowocowało ósmą i siódmą lokatą. Zbigniew Groth jadąc w towarzystwie Sven-Erica Joenssona, Bohumila Posledniego i spółki, ukończył zawody na dwunastym i czternastym miejscu w mocarnych pięćsetkach. Na początku lata ( 25-26 czerwca 1988 roku ) uczestnicy serialu Mistrzostw Europy pojawili się w Clusone nieopodal Bergamo. Tym razem zabrakło Zbigniewa Grotha. Urwanie chłodnicy po efektownym upadku i dwukrotne wymiany na trasie koszmarnie pociętych dętek, co jak wiadomo wymaga nieco czasu, wyeliminowały z akcji i wyników Piotra Kasperka już pierwszego dnia imprezy. Bardzo trudna trasa, którą przygotowali organizatorzy przeczesała grono uczestników o około pięćdziesiąt procent, a zatem nieźle! Nienajgorzej poszło na tym rajdzie Ryszardowi Gancewskiemu, który ufny zasadzie: " im trudniej, tym lepiej " , zameldował się dwukrotnie drugi w klasie 125. Niezgorzej poczynał też sobie w licznym gronie zawodników klasy 250 Zbigniew Przybyła, inkasując punkty za szóste ( sobota ) i dziewiąte ( niedziela ) miejsce na rajdzie w urokliwych okolicach Bergamo. Prawie miesiąc po zawodach w Clusone cykl Mistrzostw Europy w rajdach Enduro po raz pierwszy w historii zawitał na Węgry. Trasy wytyczone w okolicach Pecs pamiętały eliminacje Pucharu Pokoju i Przyjaźni z 1986 roku, a upalna pogoda i ostre słońce niezbyt ułatwiały jazdę. Mimo tego Ryszard Gancewski umocnił się w czołówce klasy 125, przy okazji będąc najlepszym kierowcą Simsona o tym litrażu. Dobrze wypadł też Piotr Kasperek, nawiązując w osiemdziesiątkach udaną walkę z gwiazdą zespołu z Suhl Thomasem Bieberbachem, co zaowocowało drugim i trzecim miejscem w Pecs. Niestety, pech trzymał się dzielnie Zbigniewa Przybyły, któremu kolejna w tym sezonie awaria skrzyni biegów zepsuła szyki i oddaliła szanse na awans w klasie 250.


Finisz sezonu, czyli rajd w zachodnioniemieckim ( RFN ) Eichswege rozegrany w weekend 30-31 lipca dopełnił formalności co do Mistrzostw Europy Enduro w sezonie 1988. Dział Sportu firmy Simson wydatnie wspomógł polską dwójkę. Piotr Kasperek i Ryszard Gancewski otrzymali szykowane już na Sześciodniówkę w Mende prototypy wyczynowych motocykli z Suhl w wersji 1989. Także firma Jawa podstawiła Zbigniewowi Przybyle sprzęt już ( albo: nareszcie! ) konkurencyjny dla maszyn używanych przez Libora Podmola i spółkę z teamu czechosłowackiej wytwórni. Choć z przygodami, to nasi wywalczyli całkiem przyzwoite lokaty w klasyfikacji całego sezonu. W klasie 80 Piotr Kasperek był trzeci. Mistrzem Europy został Włoch Gian Marco Rossi, wicemistrzem kontynentu ogłoszono Thomasa Bieberbacha z NRD, tak jak Kasperek używającego Simsona WKH. Wśród zawodników klasy 125, włoskiej koalicji - Angelo Signorelli i Stefano Passeri ( odpowiednio: Mistrz i Wicemistrz Europy ) dorównał Ryszard Gancewski zajmując w podsumowaniu sezonu trzecie miejsce. W dwieściepięćdziesiątkach Zbigniew Przybyła ( kto wie co by się działo, gdyby nie te przygody z przekładnią? ) wylądował ostatecznie na siódmym miejscu. Pauzujący praktycznie od połowy sezonu Zbigniew Groth znalazł się na dwudziestym miejscu w klasie 500. Zdobyte przed dwudziestu trzema laty dwa " pudła " - Kasperka i Gancewskiego były ostatnimi dla Biało-Czerwonych z uzyskanych w tamtym okresie i na sprzęcie rodem z RWPG w serialu Mistrzostw Europy Enduro. Ironią losu było zaś to, że w tym samym roku, na 63 Sześciodniówce Motocyklowej z bazą we francuskim Mende, fabryczne Simsony Piotra Kasperka i Ryszarda Gancewskiego, a także Thomasa Bieberbacha i Danillo Poerschke przestały jechać już pierwszego dnia imprezy. Ale to już chyba temat na nieco inne sprawozdanie...

Jarosław Ozdoba

Czytaj więcej...

piątek, 12 sierpnia 2011

61 ISDE w San Pellegrino

<

Od lewej: Zbigniew Przybyła ( 4 ); Piotr Kasperek ( 25 ); Ryszard Gancewski ( 34 ); Ryszard Augustyn ( 59 ); Stanisław Olszewski ( 99 ) i Zbigniew Banasik ( 135 ) - autorem zdjęcia jest firma Foto Cassotti.

Zanim pojawią się opinie o bieżącej ISDE z Finlandii, Jarek Ozdoba postanowił przypomnieć jak wyglądała 61 ISDE organizowana przez Wlochów. A nie wyglądała za fajnie...

Dawno temu, bo przed ćwierćwieczem, z bazą we włoskim z lekka podupadającym kurorcie San Pellegrino nieopodal Bergamo, miała miejsce 61 edycja Sześciodniówki Motocyklowej. Okolice Bergamo to włoskie zagłębie Enduro, stąd wywodzą się ichniejsi najlepsi zawodnicy i najwierniejsi kibice tej dyscypliny motocyklizmu. Organizowane na tamtym terenie imprezy z przesławnym niegdyś " Vallie Bergamache " na czele od lat słyną z dużej atrakcyjności i wysokiego stopnia trudności. Stąd też powszechnie przypuszczano i obawiano się, że 61 International Six Days Enduro przeprowadzona w terminie 08 - 13 września 1986 roku będzie imprezą, która wszystkim da się we znaki i na długo wryje w pamięć. I owszem, tak było - aczkolwiek niekoniecznie z powodu olbrzymich trudów, walki ze sprzętem, wysokimi wymogami trasy, czy napiętych limitów czasowych. Akurat w tej Six Days chodziło o coś zgoła innego...

Ale to dopiero miało okazać się w trakcie trwania imprezy. Polski Związek Motorowy wysłał do boju, na rok przed polską Sześciodniówką, jedynie zespół seniorów, czyli szóstkę walczącą o główne trofeum - World Trophy. Polskę dwadzieścia pięć lat temu reprezentowali: Zbigniew Przybyła ( Zagłębie Miedziowe Głogów ) - Simson GS 80; Ryszard Gancewski ( GAMK Budowlani Gdańsk ) i Piotr Kasperek ( BKM Bielsko-Biała ) - obaj na Simsonach GS 125; Stanisław Olszewski ( OKS Stomil Olsztyn ) i Ryszard Augustyn ( Kielecki Klub Motorowy ) - obaj na Jawach Enduro 250 VVZ, i Zbigniew Banasik ( MKS Korona Kielce ) - Jawa Enduro 500 VVZ. Sprzęt, czyli podstawowa bolączka polskich dyscyplin sportów motorowych w tamtych czasach, był po prostu taki na jaki mogliśmy wtedy liczyć zgodnie z zawartymi umowami z Simsonem i Jawą. Motocykle z Suhl były przygotowane i obsługiwane w całości przez fabrykę. Natomiast rajdowe Jawy były seryjnymi maszynami w specyfikacji 1985/1986 dostarczonymi w paczkach do warszawskiego OTZ-u na ulicy Kickiego.


Na zdjęciu autorstwa Andrzeja Martynkina, widzimy Zbigniewa Przybyłę ( 4 ) na trasie próby Enduro

Były to egzemplarze z silnikami chłodzonymi powietrzem, z zaworem membranowym na kanale ssącym i z hiszpańskim iskrownikiem elektronicznym Motoplat, oraz centralnym resorowaniem tylnego koła. Za pieniądze PZMotu, poprzez OTZ dozbrojono Jawy na Sześciodniówkę w tylne teleskopy firmy Koni, przednie widelce Marzocchi, przednie tarczowe hamulce Brembo, koła 21" z tarczami hamulcowymi, obręcze cenionej firmy Akront, błotniki Acerbisa i rollgazy Magura. Tak doposażonymi czechosłowackimi rajdówkami można było stanąć w szranki Six Days anno 1986. Nie wystawiliśmy zespołu juniorów, ale też i nie bardzo było jeszcze w kim wybierać. Młode talenty dosiadające wówczas na rajdowych trasach Simsonów S51 Enduro, CZ 125, czy Jaw Enduro różnych pojemności dopiero szlifowały umiejętności, czekając na swoją szansę i czas, aby doszusować do grona kadrowiczów Mirosława Malca. Startami w Enduro nie byli zainteresowani utalentowani ówcześni młodzi motocrossowcy jak Maciej Stańco, czy kuzyni Olszewscy - Jackowie: I i II. W San Pellegrino oprócz ściśle związanej ze startem i obsługą naszego zespołu ekipy działaczy, pojawiło się spore grono oficjeli i dziennikarzy z Polski.



Ryszard Augustyn na próbie crossowej w Monte Pieto - zdjęcie wykonał Wiesław Grabarczyk.

Było to związane z przygotowaniami i prezentacją przyszłorocznej 62 Sześciodniówki Motocyklowej z bazą w naszej Jeleniej Górze. Trasa włoskiej ISDE oferowała górskie, dość wąskie ścieżki, kamienno-szutrowe szlaki pełne ostrych kamyczków ( " kapcie łapano tu niemal seryjnie, więc łyżki do opon często były w robocie! ), trochę podjazdów, leśnych, urozmaiconych korzeniami dróg i próby terenowe zlokalizowane na rozległych łąkach. Już pierwszego dnia okazało się, że jak na imprezę tej rangi jest tu raczej zbyt łatwo, niczym na rajdzie okręgowym, w najlepszym razie mistrzostwach krajowych. Łatwiutka trasa, starannie omijająca co bardziej wymagające podjazdy z korzeniami, spacerowe czasy przejazdu... Za to próby, co było aż nadto widoczne, były nie tylko dobrze znane gospodarzom, ale wręcz perfekcyjnie przez nich przetrenowane. To było widoczne nawet dla laików! Po pierwszym dniu 61 ISDE w World Trophy prowadzą Włosi, Polska dziesiąta.


Zdjęcie trzecie, również autorstwa Wiesława Grabarczyka, przedstawia naszych na PKC Meta czwartego dnia Six Days. Od lewej: Stanisław Olszewski ( walczy z wymianą tylnej opony ), Zbigniew Kłujszo ( nasz " Krasnoludek " na tej ISDE ), Piotr Kasperek, Ryszard Augustyn i Zbigniew Przybyła.

Drugiego dnia 61 Sześciodniówki Motocyklowej już od świtu pada rzęsisty deszcz. Wprowadzono czasy " B ", na trasie i próbach grząsko i ślisko, ale niezbyt dramatycznie. Na drugiej pętli robi się trochę gorzej i zdecydowanie bardziej trudno po rozjechaniu trasy przez blisko czterysta motocykli w pierwszym kółku. Sypią się spóźnienia, w tym faworytów. Mimo tego trasa, choć trudna, nadal jest przejezdna. Było trochę błądzących, nie wszyscy dawali radę na podjazdach, ale znajdowali się chętni, którzy pomagali wepchnąć lub wciągnąć motocykl na szczyt. Z naszych pewne kłopoty miał jedynie rutynowany Zbigniew Banasik, który jechał z silnie stłuczonym na kamienistym fragmencie trasy kolanem. W prowizorycznych wynikach po drugim dniu 61 ISDE w World Trophy prowadził zespół CSRS ( Czechosłowacji ), Polska na trzecim-czwartm miejscu! Radość nie trwa jednak zbyt długo. Stosowny komunikat komandora imprezy anuluje całą drugą pętlę dnia. Prowadzą znów Włosi, my spadamy na ósme miejsce. Trzeci dzień tej Sześciodniówki nawet najbardziej ufnym w zasady Fair Play uświadamia, że podczas tej Six Days wyniki ustala się przy " Zielonym Stoliku ", a karty rozdają gospodarze, dla siebie rezerwując najlepsze. Pomimo pięknej, ciepłej i słonecznej pogody, bezproblemowych - z reguły składających się z szutrowych i polnych dróg - dużych fragmentów tras, ominięciu mogących sprawić pewne kłopoty podjazdów, zarządzono mocno wydłużone czasy przejazdów w wersji " B ", co pozwalało na kontemplacyjną podróż po trasie, lub blisko półgodzinną sjestę przed PKC-ami i spokojny serwis sprzętu. Anulowano malowniczą, ale i trudną technicznie próbę crossową na Monte Pieto. Cel jest jasny - Sześciodniówka rozgrywa się na próbach, które gospodarze mają w małym palcu, trasa ma marginalne znaczenie i trzeba zrobić wszystko, by dopomóc włoskim zespołom w zwycięstwie w ISDE, by maksymalnie wygrali Azzuri... Ale chyba nie o to, nie tylko w Six Days, chodzi! Czwartego dnia 61 Sześciodniówki Motocyklowej, pomimo słońca i znów znakomitych warunków na trasie, po raz kolejny funduje się zawodnikom czasy przejazdów w wariancie " B " przewidzianym z założenia na coś w rodzaju oberwania chmury. Co więcej, Jury wspaniałomyślnie anuluje spóźnienia wszystkim, którzy nie zmieścili się w limicie przejazdów pomiędzy PKC ! To już zakrawało na szyty grubymi nićmi ewenement w dziejach Sześciodniówek! W polskim teamie tematem dnia były seryjne awarie ogumienia spowodowane ostrymi kamieniami licznie zalegającymi szutrowe odcinki dojazdowe. Pechowo ukończył dzień debiutant w Six Days Piotr Kasperek. Niezbyt fortunne podparcie nogą na jednym z zakrętów zaowocowało, lekkim na szczęście, skręceniem kostki. Do końca tej łatwej Sześciodniówki jeszcze przecież są dwa dni, ale zdaniem nie tylko ładnie śpiewającej tę frazę Anity Lipnickiej: " Wszystko się może zdarzyć... " Ale niewiele się zdarzyło. Piąty dzień 61 ISDE w San Pellegrino jak się można było spodziewać, nie przyniósł niczego nowego w klasyfikacjach imprezy, poza awansem naszego Zbigniewa Przybyły na piąte miejsce w klasie 80. Na trasie, mimo, że chyba dla przyzwoitości, wprowadzono czasy " A " nadal panowały warunki pozwalające snuć przypuszczenia, iż bez spóźnienia dałoby się radę Simsonem S51 Enduro... Ciekawostką tego dnia, a właściwie wieczoru, był tak zwany Dzień Polski, gdzie organizatorzy kolejnej, 62 Sześciodniówki Motocyklowej zachwalali uroki okolic Jeleniej Góry i wstępnie przyjmowali rezerwacje hotelowe i zgłoszenia. Szósty dzień Six Days sprzed ćwierćwiecza był potwierdzeniem stwierdzenia, iż gospodarzom jak trzeba, to i wiatr sprzyja. Jednakże na końcowym motocrossie, co miłe, z dobrej strony pokazali się Zbigniew Przybyła, Piotr Kasperek i Ryszard Gancewski. Bielszczanin przez długi dystans prowadził stawkę w swojej grupie, by ostatecznie osiągnąć metę na nie lubianym czwartym miejscu.


Zdjęcie, którego autorem jest Jerzy Jankiewicz, przedstawia finałowy motocross. Z numerami 69 i 85 - motocykle Jawa Enduro 6D '86, czyli rajdowa ciekawostka rodem z RWPG.

Motocross uprawiany od kilku sezonów w barwach Górnika Czerwionka na coś się przydał. W San Pellegrino Włosi wygrali klasyfikacje zespołów narodowych, zespołów klubowych, fabrycznych i wszystkie klasy. Czy tak naprawdę odbyło się to w sportowej atmosferze? O tym można by długo dywagować, szkoda tylko, że " ustawianie " imprez dotknęło wówczas i rajdy Enduro, a zwłaszcza w tak prestiżowej imprezie jak Sześciodniówka Motocyklowa. World Trophy 61 ISDE zdobyli Włosi, drugie miejsce przypadło Szwecji, a na trzecim znaleźli się Czechosłowacy.


Na Jawie Enduro 500 6D '86 Jiri Cisar z czechosłowackiego zespołu World Trophy. Ciekawostkę w tej Jawie stanowi przedni hamulec bębnowy.

W zmaganiach Junior Trophy zwyciężyli motocykliści Italii, druga lokata padła łupem czwórki NRD, a na trzecim zacumowali juniorzy z CSRS. Polski zespół World Trophy zakończył 61 Sześciodniówkę Motocyklową na ósmym miejscu - lepiej niż w Hiszpanii w 1985 ( 10 lokata ) i gorzej niż za rok w Jeleniej Górze ( 5 miejsce ). A w klasach? Nie było tak najgorzej, biorąc pod uwagę sprzęt jaki mieli do dyspozycji nasi zawodnicy. W osiemdziesiątkach Zbigniew Przybyła był piąty. W 125 Ryszard Gancewski dojechał osiemnasty, a Piotr Kasperek - trzydziesty szósty. W najbardziej licznej klasie 250 Ryszard Augustyn był równo czterdziesty, a Stanisław Olszewski pięćdziesiąty trzeci. W pięćsetkach Zbigniew Banasik również zdobył magiczną czterdziestkę. Połowa naszego zespołu - Zbigniew Przybyła, Ryszardowie: Augustyn i Gancewski - odebrała Złote Medale FIM. Piotr Kasperek, Stanisław Olszewski i Zbigniew Banasik zawiesili na szyjach Srebrne Medale FIM. Trochę szkoda, że 61 International Six Days Enduro przebiegła w atmosferze raczej dalekiej od uczciwego sportu, a zawodnikom i działaczom myślącym o rozegraniu " Olimpiady Motocyklowej " w myśl zasad Fair Play zagrano na nosie... Pociechą może być to, że o kolejnych edycjach Six Days nie mówiono już tak niekorzystnie.

Jarek Ozdoba

A propos wynalazków typu Jawa Enduro - sporo zdjęć tych motocykli z czeskimi opisami technicznymi można obejrzeć na stronie allbikes.wz.cz
Jarosław Ozdoba

Czytaj więcej...

środa, 3 sierpnia 2011

Sześciodniówka w Australli w 1992 roku



Polski zespół na World Trophy

Tym razem Jarek Ozdoba przybliża kulisy dobrego występu naszych kadrowiczów podczas ISDE 1992 w Australii. Temat akurat na czasie bo lada moment startuje ISDE 2011 w Finlandii, gdzie nasi powalczą o miejsce nie gorsze niż to sprzed 19 laty.

Najbardziej prestiżowa impreza w rajdach Enduro, czyli Sześciodniówka Motocyklowa z reguły organizowana bywa na kontynencie europejskim. Wyjątkiem od tej niepisanej reguły były jak do tej pory edycje organizowane w USA ( 1973 i 1994 ); Australii ( 1992 i 1998 ); Brazylii ( 2003 ); Nowej Zelandii ( 2006 ); Chile ( 2007 ) i ubiegłoroczna w Meksyku. W pamięci polskich fanów Enduro wdzięcznie zapisała się 67 International Six Days Enduro z bazą w Australijskim Cessnock niedaleko Sydney, rozegrana w terminie 25-30 sierpnia 1992 roku. Impreza była reklamowana przez organizatorów jako: " Six Days Down Under ", czyli Sześciodniówka pod spodem. Koszty wyprawy na Antypody w ówczesnej rzeczywistości finansowej PZMotu wydawały się być mocno problematyczne i o mało nie przeważyły szali argumentów przeciw udziałowi w tej imprezie. Na szczęście wszystko poszło po dobrej myśli. Pieniądze na pobyt polskiej ekipy w Krainie Kangurów, a także koszty wynajmu na miejscu motocykli i samochodów wyłożyła australijska Polonia. Polacy z Antypodów służyli także pomocą na punktach serwisowych w depo, na PKC-ach, wspomagali na motocyklach polskich zawodników obok trasy, pomagając Stanisławowi Olszewskiemu - jedynemu naszemu oficjalnemu " Krasnoludkowi ".


Park maszyn

Firma Moto TM z Pesaro zdopingowana rokrocznymi sukcesami Polaków w klasie 80 ( w roku 1991 Andrzej Tomiczek, a w 1992 Maciej Wróbel zostali wicemistrzami świata w tej klasie ) na korzystnych warunkach sprzedała dwie osiemdziesiątki i jedną 125, a jeden motocykl klasy 80 - dla Macieja Wróbla - dała gratis, na dodatek dołączając nasze maszyny do swojego transportu płynącego do Sydney. Do grona sponsorów polskiego zespołu World Trophy na 67 ISDE dołączył LOT, Scott wspomógł wyposażeniem, oleje i smary zaoferował Castrol, odzież do jazdy, reprezentacyjne ciuchy i kurtki dostarczyły firmy tekstylne Nike i Warmia, a Camel, Nulon i Rust Check zrzuciły się do kapelusza finansowo. Już na miejscu odebrano wynajęte i zamówione jeszcze w styczniu Yamahy WR 250 i 500. Co ciekawe, ta ostatnia sztuka była jeszcze chłodzona powietrzem - niczym niegdyś Jawy Enduro. A zatem start polskiego zespołu w kategorii World Trophy 67 Sześciodniówki motocyklowej stał się faktem. Do boju wystawiliśmy ówczesną doborową szóstkę zawodników: Maciej Wróbel ( Zagłębie Miedziowe Głogów - numer 4 ); Andrzej Tomiczek ( GKM Mysłowice - numer 7 ); Ryszard Augustyn ( Kielecki Klub Motorowy - numer 11 ) - wszyscy na TM 80 Enduro; Wojciech Rencz ( Zagłębie Miedziowe - numer 31 ) na TM 125 Enduro; Jacek Czachor ( AMK Pałac Młodzieży Warszawa - numer 47 ) na Yamaha WR 250 i Ryszard Gancewski ( KTM Novi Kielce - numer 63 ) - Yamaha WR 500. Trochę dziwiły wówczas pewne roszady w klasach - Augustyn w 80, gdzie nie był widziany od naszej Six Days w Jeleniej Górze w 1987 roku, a do czołówki tej klasy należał... dziesięć lat wcześniej, zdobywając w 1982 roku w Povazskiej Bystricy czwarte miejsce w klasie. Pewną sensację budził też powrót Jacka Czachora do dwieściepięćdziesiątek, od której to klasy raczej się odżegnywał po przygodach podczas 65 Sześciodniówki w szwedzkim Vasteras dwa lata wcześniej. Pierwszy dzień Sześciodniówki, rozpoczynającej się nietypowo, bo od wtorku, zapoczątkował start 375 motocyklistów, co biorąc pod uwagę lokalizację imprezy stanowiło dużą liczbę. Start zajął ponad trzy godziny. Silniki maszyn Polaków odpalały w zasadzie bezproblemowo, choć obawiano się nieco o Yamahę Gancewskiego, ale skończyło się na strachu. Za to - o dziwo! - kaprysiła Yamaha Jacka Czachora, by dać głos dopiero w 61 sekundzie próby rozruchu, a więc pierwsze sześćdziesiąt karnych punktów znalazło się na koncie polskiego zespołu. Teraz zawodników czekały dwie pętle o długości circa stu siedemdziesięciu kilometrów każda, z wplecionymi w nie trzema próbami terenowymi w każdym okrążeniu. W całym dystansie Six Days było tylko dziesięć kilometrów asfaltu ( ! ), dominowały leśne ścieżki, polne drogi i tereny pokopalniane, no i fragmenty buszu. Na próbach pokazali się Wróbel i Tomiczek, którzy wygrali po jednej, w czołówce widziano też Augustyna. Pozostała trójka pojechała w miarę możliwości, może nieco ostrożniej, ale był to przecież dopiero pierwszy dzień Sześciodniówki. Drugi dzień 67 ISDE był powtórką z wczoraj, więc dominowała wybita po przejeździe kilkuset motocykli twarda, mocno dziurawa i pełna kolein nawierzchnia. Życia nie ułatwiały liczne strome podjazdy i przeprawy przez górskie strumienie. Jak to na Sześciodniówce bywa nie obyło się bez przygód, na szczęście drobnych, nie idących w poważniejsze konsekwencje.


Jacek Czachor na próbie

Jacek Czachor zaliczył upadek na próbie crossowej. Nic strasznego się nie stało, ale... uciekło sporo sekund. No i skorzystali rywale. Maciej Wróbel musiał zmierzyć się na trasie z naprawą hamulca - przydały się zdolności do mechaniki i trochę sprytu. Natomiast Wojciech Rencz zgłosił się po oddaniu motocykla do Parc Ferme wprost do lekarza ekipy doktora Jacka Kwareckiego ze stłuczonym kolanem, ale pełen chęci do dalszej jazdy w Six Days. Natomiast niespodzianka z gatunku przykrych czekała Ryszarda Gancewskiego. W jego pięćsetce pękł króciec wlotu powietrza do gaźnika. Twardy kurz zrobił swoje, czego efektem było mocne przytarcie silnika. Motocykl wstawiono do Parku Zamkniętego, a " Gancu " odbywał praktykę wymiany cylindra i tłoka, korzystając z identycznej Yamahy użyczonej przez jednego z Polonusów - kibiców. Nerwowi zagryzali palce dywagując ileż to polski zespół będzie " w plecy " na starcie trzeciego dnia, kto nas przejedzie... Czy sprzęt po polowej naprawie w ogóle odpali? Tylko " Ganc " zachował spokój szykując części, uszczelki, potrzebne klucze i nakrętki. Trzeci dzień 67 Sześciodniówki Motocyklowej w Cessnock - półmetek imprezy. Dla Polaków najbardziej zjadającym nerwy wydarzeniem dnia był remont silnika WR-ki Ryszarda Gancewskiego.


Ryszard Gancewski na dopiero co naprawionym motorku

W czasie dozwolonym na pracę przy motocyklu, czyli dziesięć minut przed startem, motocyklista z Ostródy wstępnie przygotował sprzęt do operacji. Po przepchnięciu Yamahy biegiem - każda sekunda droga! - przez pole startowe do odległego o dwieście metrów stanowiska polskiej ekipy, można było przystąpić do właściwej akcji. W ciągu dwudziestu ośmiu minut, w sytuacji gdy wolno pracować tylko samodzielnie, a pomoc ograniczona jest do słownych podpowiedzi i podawania kluczy, no a konkurencja bacznie obserwuje, poważna naprawa, niby stosunkowo prostego, silnika dwusuwowego została przeprowadzona wzorowo. Z kronikarskiego obowiązku należy odnotować, że Yamaha odpaliła bez zarzutu, a z dwudziestu ośmiu minut złapanych na starcie do końca dnia udało się urwać osiem. W TM-ie Wojciecha Rencza wymiany wymagał przewód hamulcowy, na szczęście było to na luźnym czasowo odcinku, gdy czasu na PKC-u było wystarczająco sporo. Najważniejsze, że nasz zespół nadal jechał w komplecie i bez większych kłopotów oraz kontuzji. Czwartego dnia tej " Six Days Down Under " w Cessnock karta zaczęła się odwracać na naszą korzyść. Andrzej Tomiczek, odczuwający jeszcze nieco skutki kontuzji stopy jakiej nabawił się podczas Mistrzostw Polski Enduro w Prabutach na miesiąc przed ISDE, odnalazł się w wynikach klasy 80 na drugim miejscu. Trzeci był urzędujący wicemistrz świata Maciej Wróbel. Piątkę klasy zamknął Ryszard Augustyn. W gronie uczestników klasy 125 dobrze wiodło się Wojciechowi Renczowi, który ulokował się - z kontuzją kolana! - na czternastym miejscu. Przyzwoite lokaty w najsilniej obsadzonych klasach pozwalały Jackowi Czachorowi i Ryszardowi Gancewskiemu z optymizmem patrzeć na ciąg dalszy przedstawienia zwanego Sześciodniówką Motocyklową. Czwartego dnia nie zabrakło także pechowych zdarzeń, które w Enduro są po prostu wpisane w reguły gry i najzwyczajniej się zdarzają. Tym razem Jacek Czachor podczas ostrego " darcia wióra " ( cytat z Gancewskiego ) na próbie terenowej po raz n-ty, jakby to określili matematycy, i to po dwukroć zawarł bliską znajomość z australijskim gruntem. W podobnych okolicznościach Wojciech Rencz pozbył się połowy przedniego błotnika. Na szczęście nieopodal depo dostępne były stoiska firm UFO Plast i Acerbis z pełnym asortymentem takich wyrobów. Bogać tam! W klasyfikacji World Trophy awansowaliśmy na siódme miejsce, a co sympatyczne - mało kto wspominał o remoncie Yamahy Gancewskiego na starcie poprzedniego dnia i tych minutach, które uciekły... Piąty dzień na każdej Sześciodniówce bywa dniem prawdy. Ale też i dniem niespodzianek. I tak było w Cessnock. Trasa stanowiła powtórkę z Day Four, a więc było od diabła dziur, kamieni, korzeni, pieńków i kamieni. Do tego dochodził wszech obecny gęsty kurz, dosłownie wiszący w powietrzu. Ale... Organizatorzy przygotowali pewną istotną korektę, przedłużając dystans przedostatniego odcinka dnia bez zmiany czasu potrzebnego na jego pokonanie. W tę pułapkę, załapując minutowe spóźnienia wpadli Andrzej Tomiczek i Maciej Wróbel. W ten sposób klasa 80 nie padła łupem Polaków, gdzie pierwszy był Pierfranco Muraglia, drugi Gianmarco Rossi. Trzeci stopień podium przypadł Maciejowi Wróblowi, a najbardziej niewdzięczne miejsce - czwarte - stało się udziałem Andrzeja Tomiczka. Szczęście było blisko, na pocieszenie w World Trophy awansowaliśmy na piąte miejsce ( powtórka z 62 ISDE w Jeleniej Górze w roku 1987 ). Jak wskazuje nazwa impreza trwa sześć dni. Ów szósty dzień, będący w zasadzie krótką dojazdówką i wieńczącym trudy widowiskowym motocrossem, także miewa swoje dramaty i wielkie chwile. Tak też było na Antypodach w 1992 roku. Podczas trasy dojazdowej zaserwowano zawodnikom do przebycia ponad dwustumetrowy pokopalniany tunel, który po nocnej ulewie wypełnił się metrowej głębokości wodą pomieszaną ze szlamem i błotem. O ile małe motocykle dały sobie radę z tą pułapką, to w cięższych klasach zaczęły się schody... Błoto tryskało na każdą wysokość i szerokość, ludzie przypominali postacie z co bardziej znanych thrillerów, a motocykle upodobniły się do stworów z leśnych legend, którymi straszy się niezbyt grzeczne dzieci. Silniki wyły jak potępieńcy, paliły się sprzęgła. Kto żyw i był akurat w pobliżu rzucał się do akcji wyciągania nieszczęśników z breistej pułapki. Na skutek masowych protestów odcinek został anulowany, ale co ludzie i maszyny przeżyli - to ich! Końcowy motocross 67 ISDE zlokalizowany na profesjonalnym torze, gdzie przez poprzednie dni odbywały się próby crossowe, miał sporo polskich akcentów, nie tylko ze względu na licznie przybyłą i widoczną Polonię. W biegu klasy 80 Maciej Wróbel wyskoczył z maszyny startowej jako pierwszy! Drobny błąd spowodował, że wyniosło go aż na taśmę ograniczającą trasę. Folia wplątała się w zacisk, tarcza hamulcowa nabrała fioletowej barwy, a płyn zagotował się błyskawicznie. Przejechali Muraglia, Rossi i Tomiczek. Dopełnieniem niefartu była wywrotka w wyniku bratobójczego pojedynku z Ryszardem Augustynem - rozleciał się rollgaz, skrzywiła klamka hamulca. Całkiem dobrze w motocrossowych pojedynkach poczynali sobie pozostali Polacy będąc widocznymi w wyścigach swoich grup. Ostatecznie w klasyfikacji World Trophy 67 Sześciodniówki Motocyklowej Polska zajęła piąte miejsce, co było najlepszym rezultatem ostatnich lat. Gdyby nieco bardziej sprzyjało nam szczęście, nie było by tych nieszczęsnych dwudziestu minut związanych z remontem pięćsetki Gancewskiego, realne było trzecie miejsce w Trophy. No cóż - co Sześciodniówka, to wielka niewiadoma... Złote Medale FIM ( za wynik nie przekraczający 110% wyniku zwycięzcy klasy ) otrzymali Maciej Wróbel, Andrzej Tomiczek i Ryszard Augustyn. Srebrne Medale FIM ( wynik nie może przekroczyć 125% najlepszego w klasie ) odebrali: Wojciech Rencz, Jacek Czachor i Ryszard Gancewski. Dla Ryszarda Gancewskiego była to już ostatnia Six Days w karierze zawodniczej, nic dziwnego, że marzył o dwunastym Złotym Medalu FIM w swojej przebogatej karierze. No cóż, nie udało się... Ale już w następnym sezonie, jako pełnoprawny trener kadry doprowadził do naszego największego sukcesu w rajdach Enduro. W roku 1993 w holenderskim Assen podczas 68 ISDE Polska zdobyła główne trofeum imprezy - World Trophy!

Jarosław Ozdoba.

Zdjęcia Andrzeja Martynkina pochodzą z kolekcji Autora.

Czytaj więcej...

czwartek, 14 lipca 2011

Droga do wicemistrzostwa świata Andrzeja Tomiczka przed dwudziestu laty



Andrzej Tomiczek i jego TM80

Rok 1991 był drugim sezonem działalności indywidualnych Mistrzostw Świata w rajdach Enduro - poprzednio walczono o tytuły w serialu Mistrzostw Europy. Zmiana statusu mistrzostw poza podniesieniem prestiżu zawodów przyniosła także wzrost zainteresowania ze strony fabryk motocykli, sponsorów, no i mediów. Stacja Screensport zaklepała sobie wyłączność na relacje w TV, co ciekawe owe programy cieszyły się wówczas dość sporą oglądalnością. Akurat Enduro nie jest zbyt medialną dyscypliną motocyklizmu, a pokazanie jak Pan Bóg przykazał rajdu za pomocą kamery niejednokrotnie stanowi poważne wyzwanie merytoryczno-logistyczne. Dla polskich sympatyków sportów motorowych, a Enduro w szczególności sezon 1991 był radosny, i to raczej niespodziewanie. A ową niespodzianką było to, że Andrzej Tomiczek, reprezentant BKM Bielsko-Biała został wicemistrzem świata w klasie 80, odnosząc po drodze kilka spektakularnych zwycięstw, ale też zaznając goryczy porażki i chwil zwątpienia. Ale tak to właśnie w sporcie bywa... No dobrze, ale jak to było z sukcesem motocyklisty z Cieszyna przed dwudziestu laty? O tym trzeba jednak opowiedzieć po kolei... Przed sezonem roku 1991 okazało się, że raczej nie za bardzo możemy liczyć na dostawę Simsonów w klasach 80 i 125. Firma z Suhl zawdzięczająca polskim motocyklistom ( Olszewski, Nowicki, Banasik, Gancewski, Kasperek, czy Przybyła ) sporą kolekcję tytułów w Mistrzostwach Europy i medali zdobytych na Sześciodniówkach, po zjednoczeniu Niemiec i przekształceniu z przedsiębiorstwa państwowego w spółkę wpadła w poważne tarapaty finansowe. Słynny Dział Sportu Simsona kierowany przez Manfreda Voegla mając w perspektywie walkę o przetrwanie zobowiązał się jedynie dostarczyć motocykl klasy 80 po Thomasie Bieberbach - mistrzowi świata z ubiegłego sezonu, oraz w miarę możliwości delegować na imprezy jednego lub dwóch serwisantów. Klasa 80 od momentu jej powołania aż do likwidacji po sezonie 1993 była koronną dla zawodników znad Wisły, tu odnosiliśmy nasze największe sukcesy. By nie tracić kontaktu z czołówką zdecydowano o przydzieleniu fabrycznego Simsona Maciejowi Wróblowi. Za pieniądze PZMotu zakupiono w salonie fabrycznym siedziby TM-a w Pesaro dwa seryjne TM 80 Enduro. Jeden z przeznaczeniem dla Andrzeja Tomiczka, drugi pozostał w dyspozycji trenera kadry Krzysztofa Serwina, który podjął się pełnienia roli " Krasnoludka " naszej eksportowej dwójki w Enduro. Do zakupionych nad Adriatykiem motocykli dorzucono w " gratisie " trochę części i plastików oraz życzenia szczęścia w startach. Jak się okazało - prorocze. Pierwszy rajd serialu MŚ anno 1991 przeprowadzono w hiszpańskiej Olianie pośród malowniczej scenerii Pirenejów. Ktoś przyspał sprawę terminowego wysłania zgłoszeń naszej dwójki i Polacy startowali z ostatnimi numerami w klasie. W sobotę Andrzej Tomiczek ukończył zmagania na siódmym miejscu, Maciej Wróbel był ósmy. Niedziela zakończyła się czwartą lokatą kierowcy TM-a. Simson 80 WKH dosiadany przez Wróbla pozwolił na szóste miejsce w klasie. Początek wypadł zatem nienajgorzej. Tydzień po rajdzie w Hiszpanii kolorowy cyrk Enduro zawitał do francuskiego Montelimar, by w weekend 27-28 kwietnia gościć uczestników trzeciej i czwartej eliminacji serialu mistrzowskiego. Nasi znów bez zgłoszeń, więc formalności trzeba było załatwiać na biegu w biurze zawodów. Niezłe lokaty z Oliany traktowano jako dobry prognostyk. Tym razem jednak górą była prognoza pogody. Ambicje naszych osiemdziesiątkarzy ostudziła ulewa i grząska, błotnisto-śliska trasa. Pierwszego dnia lepiej radził sobie Maciej Wróbel, który był ósmy. Andrzej Tomiczek osiągnął metę na jedenastym miejscu. W niedzielę Polacy poprawili lokaty zajmując odpowiednio: szóste ( Tomiczek ) i siódme ( Wróbel ) miejsce w klasie. Pierwszy weekend czerwca 1991 zarezerwowano jako termin rozegranej w fińskim Jaemsae piątej i szóstej eliminacji serialu Mistrzostw Świata Enduro. I tu nastąpiła największa niespodzianka ze strony naszych motocyklistów. Po raz pierwszy w historii MŚ polski motocyklista stanął na najwyższym stopniu podium. I to dwukrotnie! Wyczynu tego dokonał Andrzej Tomiczek. Mało tego! Maciej Wróbel na odbiegającym od konkurencji Simsonie w sobotę był drugi, a w niedzielę trzeci. Wyniki z Jaemsae ulokowały Andrzeja Tomiczka na drugim miejscu w klasyfikacji klasy 80, co stanowiło w środowisku sensację co się zowie. Swoją opiekę zaofiarowała firma Moto TM, więc motocykl trenera Serwina przestał pełnić rolę ewentualnego ruchomego magazynu części. Kibice Enduro, nie tylko w kraju, musieli przygotować się na kolejną porcję pozytywnych wzruszeń. W tydzień po imprezie w Finlandii kolorowa karawana spod znaku Enduro przeniosła się do Szwecji, a konkretnie w okolice Vimmerby, by w weekend ósmego i dziewiątego czerwca 1991 roku rozegrać tam siódmą i ósmą eliminację cyklu. Znów nie obyło się bez radosnej sensacji. Andrzej Tomiczek na sklepowym TM 80 pokonał po raz trzeci z rzędu rywali ze swojej klasy dysponujących fabrycznie przygotowanymi motocyklami. W niedzielę był drugi za pózniejszym mistrzem świata i swoim najpoważniejszym rywalem Włochem Pierfranco Muraglią. Maciej Wróbel pomstujący na swojego Simsona i jego słabe osiągi dojechał pomimo trudnych warunków na trasie na czwartym i siódmym miejscu. Co było dalej? Dwa tygodnie przerwy i rajd z bazą we włoskim La Rufina. Andrzej Tomiczek jako pretendent do drugiego miejsca w osiemdziesiątkach obserwowany był ze szczególną uwagą przez bossów TM-a i... konkurentów. Mimo takiej presji ukończył te zawody z trzecią i czwartą lokatą, co umocniło go za plecami Muraglii. Firma z Pesaro coraz bardziej angażowała się w pomoc naszemu zawodnikowi. Było nawet zabawnie, gdyż okazało się, że seryjny silnik w motocyklu Tomiczka nie za bardzo jest kompatybilny z zestawem akcesoriów wożonych w busach przez serwisantów TM-a. Nie pasowały na przykład łożyska na wale korbowym. I właśnie na gruncie opieki fabrycznej wynikły niebawem pewne uzasadnione niesnanski... Przed zawodami z bazą w Borgo Maggiore na terenie Republiki San Marino nasi odwiedzili fabrykę Moto TM. W gruncie rzeczy chodziło jedynie o nowy tłok do silnika pracującego w motocyklu Andrzeja Tomiczka. Ale w firmie uparto się na kurtuazję i wymieniono cały zespół napędowy na, według zapewnień ludzi z Pesaro, w wykonaniu specjalnym - Factory Engine. Efekt był jednakże odwrotny od zamierzonego. 29 i 30 czerwca 1991 w San Marino Andrzejowi Tomiczkowi nie przybył na koncie nawet punkt! Silnik systematycznie tracił moc, aby w końcu wyzionąć ducha w efektownej eksplozji dwadzieścia kilometrów przed metą pierwszego dnia. Rozerwany cylinder, strzaskany tłok, rozciągnięty korbowód - oto bilans zniszczeń... Silnik, a właściwie jego wrak zwrócono w Pesaro odbierając poprzedni, w którym profilaktycznie zamontowano nowy tłok. Okazał się jednostką nad podziw solidną i niezawodną, czego dowiodły kolejne zawody. Rozegrany w terminie 20-21 lipca 1991 roku 49 Rajd Świętokrzyski z bazą w Miedzianej Górze był kolejnym w tym sezonie popisem Andrzeja Tomiczka, który w obydwa dni rozgromił konkurencję w klasie 80. Tytuł wicemistrza świata był coraz bardziej w zasięgu zawodnika BKM. Ale - bagatela! - do przejechania i to z dobrym skutkiem był jeszcze ostatni rajd serialu MŚ zorganizowany w niemieckim Muenster w terminie 27-28 lipca. I tu wszystko stało się jasne. Andrzej Tomiczek był szósty i trzeci co wystarczyło do zdobycia okazałego pucharu za drugie miejsce w osiemdziesiątkach na koniec sezonu i tytuł wicemistrza świata w tej klasie. Był to pierwszy duży sukces polskiego motocyklisty od wprowadzenia w miejsce mistrzostw kontynentalnych mistrzostw globu. Od tamtych czasów minęło dwadzieścia lat, w rajdach Enduro nasi zawodnicy dość regularnie odnoszą mniejsze, czy większe sukcesy. Nazwiska Bartosza Obłuckiego, Tadeusza Błażusiaka, czy Michała Szustera są znane z dobrej strony w światku Enduro i pozwalają na szczyptę optymizmu co do możliwości naszych motocyklistów w tej dyscyplinie. A tak przy okazji, czyż nie brzmi to anegdotycznie, że Andrzej Tomiczek na zwykłym, sklepowym motocyklu dwadzieścia lat temu skroił skórę wielu sowicie opłacanym " profi ", których motocykle były ( od sztuki ) warte lekko licząc około dziesięć razy więcej niż " srebrny " TM 80 Enduro sympatycznego cieszynianina.

Jarosław Ozdoba

Dziękujemy Jarkowi za przypominanie nam, że dawniej nasi koledzy jeździli nie gorzej, jeżeli nie lepiej niż my dzisiaj. Zdjęcie z kolekcji autora.

Czytaj więcej...

środa, 9 marca 2011

Enduro w fotoplastikonie


Wkrótce zaczyna sie sezon. Zawodowcy przygotowują sie za granicą. Amatorzy jak EOR czekają aż snieg stopnieje.Dla podtrzymania ducha prezentujemy kilka zdjęć z lat osiemdziesiątych. Pewnie nie uwierzycie ale wtedy też się jeździło.


Ryszard Augustyn 45 Rajd Świętokrzyski 1987

Jan Hrechor ( CSRS ) też 1987.

Tomasz Kodym ( Szarak Sochaczew ).
Jacek Czachor, Rajd Świętokrzyski 1987.

Zbigniew Banasik; MP Enduro ( III i IV el. ) Kielce 1986. 04. 19-20.






Nr 14 - Park Maszyn MP Enduro Kielce kwiecień 1986, Na pierwszym planie Simson 80 GS Piotra Kasperka ( BKM ) i Jawa Enduro Ryszarda Gancewskiego ( GAMK Budowlani ). W tle Simsony S51 Enduro.Zdjęcie pierwsze - równiez park maszyn - Simson 80 GS i Jawy Enduro. Było nie było - niedługo minie ćwierć wieku od cykania tych zdjęć. Fotki są z mojej kolekcji, a autorem jest uczący się wówczas tego rzemiosła Igor Kurkowski, nota bene ówcześnie dobrze się zapowiadający kartingowiec. Życzę miłego oglądania, a przy okazji wspominania tamtych rajdów i tamtych asów.

Zdjęcia i opisy przesłał - Jarek Ozdoba.

Czytaj więcej...

czwartek, 20 stycznia 2011

Dziesięciolecie startów Michała Szustera



Michał Szuster podczas ISDE 2004 w Kielcach

Tym razem Jarek Ozdoba pisze o najlepszym polskim zawodniku Enduro i nie jest to historia z przeszłości. Wszak Michał Szuster, bo o nim będzie mowa, to bardzo młody człowiek i przed nim wciąż wiele lat startów.W sezonie 2000 na krajowych rajdach pojawił się młody zawodnik, startujący wówczas w klasie młodzik na HM 50 CRE - Michał Szuster. Już wówczas widać było, że nie jest to młodzian, który pomylił zainteresowania, ale solidny materiał na markowego zawodnika. I tak oto dekadę temu zaczęła błyszczeć gwiazda obecnie najlepszego zawodnika w polskim Enduro, który i w serialu Mistrzostw Europy stanowi uznaną markę, bez kompleksów walcząc o tytuły mistrzowskie z uznanymi zawodnikami Starego Kontynentu. Talent poparty solidną pracą, a bez tego daleko się nie zajedzie, to podstawowa rzecz gwarantująca sukcesy, zwłaszcza w rajdach Enduro. Choć w początkach swojej kariery, już na motocyklu, Michał Szuster miewał okresy burzy i naporu, co skutkowało oprócz dobrych wyników, niestety także i kontuzjami połączonymi z awariami i uszkodzeniami sprzętu. Zdarzały się naprawdę poważne afery, a ścięcie mocowań kierownicy w wyrobie tak renomowanej marki jak austriacki KTM, uznano za precedens nie znajdujący odnotowania w kronikach firmy z Mattighofen. Nie powiódł mu się także start w pierwszej swojej Sześciodniówce w Jabloncu. Z powodu kontuzji barku pozostała gorzka decyzja o wycofaniu się z rywalizacji w połowie imprezy. Jak wiadomo: co za dużo, to niezdrowo.


Na najwyższym stopniu podium podczas MP w Kielcach w roku 2005

Właśnie liczne kontuzje i pewne przyczyny natury osobistej skłoniły Michała do odpuszczenia sobie startów w sezonie 2003. Nie skusił go nawet Finał Mistrzostw Europy z bazą w Miedzianej Górze. Come back nastąpił w kolejnym sezonie. Michał Szuster wystartował w barwach nowego klubu, zmienił markę motocykla i skutecznie przypomniał się rywalom i publiczności. A zatem powrót, i to jaki! Michał Szuster wygrał klasę i generalkę Mistrzostw Polski, odnotował znakomity rezultat podczas 79 Sześciodniówki Motocyklowej walnie przyczyniając się do zdobycia przez naszych juniorów drugiego miejsca drużynowo. Pokłosiem kieleckiej ISDE było zaproszenie do startów w serialu Mistrzostw Świata w składzie teamu Paula Edmondsona. Zaliczył kolejną udaną Sześciodniówkę z bazą w Povazskiej Bystricy na Słowacji. Potem Michał zapukał do drzwi teamu Yamaha Ufo Corse, by i tam pokazać, że młody Polak dobrze wie o co chodzi w dyscyplinie zwanej Enduro. Inna sprawa, że Michał Szuster był wówczas najlepszym z Polaków podczas Six Days w nowozelandzkim Taupo. Rok 2007 to starty Husqvarną TE 250 w serialu Mistrzostw Europy. Ten sezon przyniósł tytuł mistrzowski w klasie E1 Junior przypieczętowany na imprezie z bazą w Sitkówce-Nowinach. Początek nowego sezonu przyniósł dobre wieści w postaci tytułu Mistrza Europy w halowym Enduro. Niestety, potem trafiła się kontuzja nadgarstka, która nieco storpedowała sezon 2008.


Krzeniów 2005- Szuster na trasie zawodów

Ale i tak było nienajgorzej, no i znów był dobry występ na ISDE w greckim Serres, gdzie Polacy po rocznej absencji powrócili na sześciodniówkowe szlaki. Sezon 2009 przyniósł absolutną dominację Michała Szustera zarówno na krajowym jak i europejskim podwórku. W obu czempionatach wygrał on klasę E1 i był mistrzem klasyfikacji generalnej. Takiego wyniku nie odnotowano jeszcze w kronikach polskiego Enduro. Michał zaliczył bardzo udany występ podczas portugalskiej edycji Sześciodniówki, gdzie był trzeci w klasie E1 - najwyżej z rodaków. U progu sezonu 2010, który wieńczył pierwszą dekadę udziału Michała Szustera w rajdach Enduro, niestety znów dały znać o sobie kłopoty zdrowotne, które sprawiły, że wielbiciele talentu Michała czekali na pomyślne wieści, a kilku " krakających " wieściło nawet koniec kariery... Obawy okazały się nieuzasadnione, aczkolwiek straty punktowe spowodowane absencją na pierwszych zawodach serialu ME we Francji były już nie do odrobienia, to w ostatecznym rozrachunku w Mistrzostwach Europy nie było tak najgorzej. Na krajowym podwórku Michał Szuster po raz drugi z rzędu, a po raz trzeci w karierze został zwycięzcą klasyfikacji generalnej, przy okazji wygrywając także klasę E1, zostając ponownie najlepszym w rajdach Enduro w kraju nad Wisłą. Pomimo zmiany klasy nie dał o sobie zapomnieć podczas imprezy zwanej International Six Days Enduro rozegranej w gorącym Meksyku. Ósme miejsce w silnie obsadzonej klasie E2 znów okazało się być najwyższym ze zdobytych przez Polaków. A piąta lokata zespołu narodowego w World Trophy daje powody do zadowolenia z występu naszych w Morelia. Od 2009 roku Michał staruje w barwach własnego zespołu Yamaha Self Szuster Racing Team. Jak na krajowe warunki jest to całkiem profesjonalna ekipa, a osiągane wyniki to potwierdzają. Co do planów na sezon rozpoczynający drugą dekadę przygody z rajdami Enduro, to Michał jest raczej powściągliwy w udzielaniu informacji.

Michał Szuster przed startem podczas MP w Sokółce w 2009 roku

Enigmatycznie zapowiada zmiany w swoim zespole, przejście do innego klubu i zmianę motocykla. Inna sprawa, że w sportach motorowych " okienko transferowe " trwa do końca lutego, a zatem czasu na skonkretyzowanie zamierzeń jest jeszcze sporo. W ciągu minionych dziesięciu lat Michał Szuster nie raz przekonał się, ale i udowodnił, że w rajdach trzeba być upartym, konsekwentnym i twardym. To może być sprawdzony przepis na kolejną, a może i następne dekady obecności Michała Szustera w motocyklowych rajdach Enduro. Jarosław Ozdoba

Czytaj więcej...